RECENZJA: Slow West z genialnym Michaelem Fassbenderem

Na Dzikim Zachodzie wydarzyło się już niemal wszystko. Porwania, łowcy głów, kradzieże, porachunki i prześladowanie ludności indiańskiej są nierozerwalnym elementem westernów. Trudno zgotować świeżą opowieść, która nie będzie wywoływała westchnień znudzenia. John Maclean wykorzystuje znane schematy, nawet nie sili się na odkrywcze zmiany i manipulacje, a mimo to Slow West wzrusza pięknością zdjęć i urokiem opowiadanej historii.

Idealistyczny Jay (Kodi Smit-McPhee) przybywa do Stanów ze Szkocji, aby odnaleźć swoja ukochaną. Dość szybko okazuje się, że nie tylko on pragnie spotkania z Rose i jej ojcem, za których głowy została wyznaczona wysoka pieniężna nagroda. Młodzieniec wędruje samotnie po obcej mu krainie, nieświadomy czyhających niebezpieczeństw. A jego czystość i naiwności sprawia, że kibicujemy mu z całego serca. Przypadkowo napotkany kowboj Silas (Michael Fassbender) zostaje jego przewodnikiem i nauczycielem.

Męska relacja, choć szorstka i pełna napięć, zyskuje wymiar przyjaźni, która łączy dojrzałość i doświadczenie z naiwną radością życia. Takie zestawienie nie stanowi niczego nowego w kinie. A obraz idealistycznej miłości dodaje westerenowi kobiecej duszy, choć Rose nie przechadza się w sukni, tylko z zacięciem chwyta za broń.

Slow West jest przede wszystkim ładnym obrazem, który dostarcza przyjemnych wrażeń estetycznych w rytm muzyki Jeda Kurzel. A swoboda i wolne tempo opowiadania zmierza do największego filmowego smaczku, którego nie powstydziłby się sam Quentin Tarantino. Trup ścieli się gęsto, czerwone słońce zachodzi, a silni mężczyźni walczą o swoje. Maclean nie odkrywa Ameryki i Dzikiego Zachodu na nowo, ale z czułością sięga po dobrze znany gatunek i udowadnia, że najbardziej lubimy to, co jest juz nam znane.