Recenzja Love & Peace

Oferma w pracy i życiowy nieudacznik, Ryoichi (Hiroki Hasegawa), kupuje sobie żółwia, żeby mieć z kim rozmawiać. Ze względu na reakcję kolegów z pracy pozbywa się go jednak, co powoduje serię nieprzewidzianych wydarzeń…

Jakkolwiek absurdalnie brzmi powyższy opis, w rzeczywistości najnowszy film Shiona Sono jest nieporównywalnie bardziej dziwaczny. Nie spodziewajmy się jednak rozlewu krwi, jak chociażby w jego Zabawmy się w piekle, „Love & Peace” można właściwie nazwać filmem familijnym. Maskotki, zwierzątka, tematyka świąt Bożego Narodzenia, spełnianie marzeń – w najbardziej powierzchownej warstwie jest to dobry film dla dzieci.

Sono nie tworzy jednak lekkiej bajeczki. Kiedy przyjrzymy się bliżej plastikowym i pluszowym (ale nie tylko) bohaterom, zobaczymy, że stanowią one tylko metaforę pewnej grupy społeczeństwa, pretekst do przedstawienia trudnych treści. O czym naprawdę jest „Love & Peace”? O samotności, miłości, przyjaźni, poszukiwaniu samego siebie, przemijaniu.

Jest to jednak przede wszystkim naprawdę dobra komedia. Z jednej strony nawiązuje do Godzilli i innych japońskich potworów, z drugiej – do współczesnego przemysłu muzycznego oraz funkcjonowania mediów. A całość w bajkowej estetyce hollywoodzkich filmów o Bożym Narodzeniu.

„Love & Peace” zapada w pamięć, na przemian śmieszy i wzrusza, nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. W lekki, przyjemny sposób porusza najtrudniejsze kwestie egzystencjalne. Oczywiście nie zabrakło również japońskiego poczucia humoru. Świetne kino, nie tylko świąteczne.