Filozoficzny western na europejskiej ziemi – recenzja Aferim!

Żyjemy jak możemy, nie jak chcemy – mówi podczas wędrówki jeden z głównych bohaterów filmu Aferim!. Kręcę, jak chcę, a nie jak mogę – wydaje się mówić zza kadru swoim nowym filmem Radu Jude.

Aferim! To historia drogi, ale nie tylko w głąb miejsca, a przede wszystkim w przewrotną naturę człowieka. Policjant Constandanin wraz z synem jako stróżowie prawa wyruszają, by odnaleźć zbiegłego cygańskiego niewolnika. Ich droga będzie dla widza potężnym wykładem filozoficznym, jednak bez naukowego charakteru, raczej z przerwami na upijanie się i spluwanie w bok.

Ojciec wyznaje swoją pracę, życie traktuje jako zespół obowiązków, a to co dla niego jest uczciwością, u widza wzbudzi wewnętrzny sprzeciw. Jest bohaterem wiernym, ale biernym. Dlatego też, czuje się zobowiązany wobec prawa oddać we właściwie (?) ręce uciekiniera. Swoich rasistowskich haseł rzucanych z lekkością, nie powtórzy w bezpośredniej konfrontacji z Romami. Mało tego, porozmawia sobie z cyganem, da się rozbawić, nie podniesie na niego ręki, a w pewnym momencie nawet poprosi jego pana o litość. Jednak nie jesteśmy w stanie upatrywać w tym żadnego bohaterstwa ani aktywizmu, ale też nie mamy do czynienia z bezwzględnym brutalem. Trochę się tym denerwujemy, ale też wiemy, że nasz bohater nie wzniecić buntu, ponieważ chce sam zostać przy życiu – a za takie pragnienie ciężko człowiekowi udzielić nagany.

Radu Jude jest empatyczny. Siła jego filmu tkwi w humanistycznym podejściu do każdego człowieka. Istota ludzka jest piękną melodią do zagrania, ale posiada też w sobie wiele rozstrojonych instrumentów. Reżyser daje zagrać wszystkim. Nie przedstawia inteligentów, a ludzi najróżniejszych. Nie korzysta też z kina jako taniego iluzjonisty charakterów, które nagle się nawracają i zawracają ze złej drogi. Policjant uważa, że kobiet nie wolno mocno karać, bo przez swoją głupotę są bardziej podatne na grzech. Mało tego, już Adam w raju pewnie kopał Ewę w brzuch. Syn słucha i nie zaprzecza, kobiety również powtarzają te ciemnogrodzkie bzdury i zgadzają się na złe traktowanie.

Cały film jest usłany mocno wypowiadanymi przekonaniami, które dla nas będą absurdem. Reżyser nie zostaje obrońcą nikogo. Jest przekonany że rejestracja wystarczająco demaskuje. Film dla niego to nie show i afirmacja moralności reżysera, a sygnał S.O.S w stronę naszej. Film to poszukiwanie tej empatii i wstydu u widza.

podpis pod obrazkiempodpis pod obrazkiem

Aferim to mądry film o podróży, bez efekciarskich fajerwerków i ekscesów po drodze. Radu Jude wycisza przestrzeń wokół, by usłyszeć coraz dalsze, ale w wielu miejscach aktualne, rechotanie niehumanitarnej przeszłości. Ta podróż jest zbudowana na zasadach minimalizmu, jednak reżyser niewątpliwie używa konwencji westernu – czyli gatunku często jednak nonszalanckiego i rozrzutnego. Radu Jude używa takiego kreowania rzeczywistości, by przegadać wreszcie pewne sprawy i skonfrontować się konwencją nie zawsze serio, z tematami bardzo poważnymi – mechanizmy holokaustu trwały długo po jego oficjalnym zakończeniu. By coś było prawdziwe nie musi być wypowiadane histerycznie – tak nazywamy dojrzałość.

Radu Jude w swojej reżyserii wydaje się używać ucha, a nie ust. Głównym zasilaczem jego filmu jest dialog tworzący spisaną tłustymi palcami na serwetce z oberży, rozprawę filozoficzną o pewnej szkodliwości religii. To na Stwórcę się wszyscy tutaj powołują, w jego imieniu wymierzają „sprawiedliwość”, to nie ateiści wyrządzają krzywdę. W tej wierności Bogu, zapomnieli o człowieku. W tej miłości do Boga, znienawidzili człowieka.