RECENZJE: Banalnie rozśpiewana Ma Ma

Piękna bajka o chorowaniu i umieraniu pozbawiona brzydoty, bólu i dojmującego smutku to ostatnio modny temat na film. Choć nie można odmówić tym opowieściom edukacyjnej roli, ostrzegawczego tonu i grzmienia na alarm w sprawie profilaktyki, to fabularne rozwiązania pozostawiają wiele do życzenia. Podobnie jest z Ma mą Julio Medema, która tonie w absurdalnych rozwiązania i irracjonalnym komizmie zaprzepaszczonych szans.

Opowieść o Magdzie (Penelope Cruz), która staje u progu kryzysu rodzinnego i finansowego, rozpoczyna się w momencie, kiedy dowiaduje się o tym, że jest chora na raka. Trzecie stadium, uleczalne z 70% szans pozwala jej stanąć do walki. Wysyła 10 – letniego syna Daniego na wakacje, sama stawia się na chemioterapię, a potem na mastektomię. Opuszczona przez męża nie załamuje się, ale z pogodą ducha prze do przodu. Traf chce, że poznaje Arturo (Luis Tosar), a jej lekarz prowadzący jest empatycznym i ciepłym mężczyzną oferującym wsparcie i uwagę.

Magda i Arturo to dwoje ludzi poranionych i doświadczonych przez los. Stają się nośnikiem różnych postaw: religijności czy twardego racjonalizmu, ale odnajdują wspólny mianownik w energetycznym czerpaniu z życia. Ma ma pomimo trudnego tematu emanuje optymizmem i nadzieją, przez co dominująca naiwność zamienia fabułę w operę mydlaną. Humor i brak dosłowności przywodzi na myśl rodzimą Chemię Bartosza Prokopowicza, gdzie oprawa wizualna pozwalała nabrać dystansu i spojrzeć na bohaterów z nieco innej perspektywy. Za to u Medema pojawiają się metaforyczne wtrącenia (wędrujące po plaży kraby), wydumane konstrukcje, ale przede wszystkim absurdalne wątki.

Ginekolog Magdy chciał wraz z żoną adoptować dziewczynkę z Syberii. Jednak kryzys w małżeństwie prowadzi do zaniechania planów sprowadzenia Nataszy, która w wyobraźni zaczyna towarzyszyć głównej bohaterce. Dziecko napędza jej działanie i choć jest już terminalnie chora, zachodzi w ciążę, aby ofiarować nieograniczoną miłość swoim mężczyznom. Właśnie w tym momencie fabuła zaczyna się zawalać niczym domek z kart. Załamany lekarz coraz bardziej angażuje się w życie swojej pacjentki. Magda przeżywa wspaniałe dziewięć miesięcy bez jakichkolwiek oznak choroby. A syn przez większość czasu nie zauważa, że jego mama jest w ciąży. Penelope Cruz robi, co może, aby emocjonalnie uratować nieudany scenariusz, ale oderwanie od rzeczywistości nie ułatwia jej zadania. Szczególnie, że zamysł reżysera nie jest spójny, a niektóre dialogi rażą papierowym brzmieniem.

Ma ma ofiaruje nam piękną Cruz, przytulny szpital z anielską pielęgniarką i oddanym ponad miarę lekarzem, który w najważniejszych momentach śpiewa Magdzie piosenki. Dodatkowo przedstawia piękną miłosną relację, siłę macierzyńskich uczuć i niegasnący optymizm, ale niestety bawi wydumaną wizją reżysera. To, co powinno wzruszać, śmieszy. Szczególnie wtedy, kiedy trzech facetów w czułym uścisku śpiewa piosenkę małemu dziecku. U Medema rak nie jest taki straszny, ciąża przedłuża życie, a uśmiech jest lekarstwem na wszystko.