RECENZJA: W samym sercu morza

Największym grzechem produkcji filmowej jest bycie przeciętną. Nie wzbudza wtedy westchnień zachwytu, na próżno nasłuchiwać szlochu rozczarowania. Pozostaje tylko pustka nikłego wspomnienia poprawnej fabuły, obrazów i dźwięków. Trzeba jednak podkreśli, że W samym sercu morza nie jest filmem złym. Ron Howard nie tworzy epickiego dzieła, nie balansuje na granicy emocjonalnego rozedrgania, opowiada raczej z baśniowym zacięciem o wydarzeniach, które miały naprawdę miejsce i nie schodziły z ust ludzi przez długi czas.

Jest 1820 rok, kiedy wielorybniczy statek Essex wyrusza na łowy. Zbiorowisko różnych ludzi, których przyciągnęła morska przygoda, dreszcz emocji czy możliwość zarobku, musi spędzić ze sobą kilka lat na odległych wodach oceanu, aby pozyskać drogocenny olej wieloryba. Po udanym połowie chęć zysku bierze górę i załoga zapuszcza się na nieznane obszary. Ogromny kaszalot niczym rekin ze Szczęk postanawia rozprawić się z gatunkiem ludzkim i zatapia siejący zniszczenie statek Essex, a marynarze pozostają w trzech szalupach pośrodku ogromnego oceanu. Całość filmowej historii zostaje zamknięta w ramach opowieści prowadzonej przez Thomasa Nikersona (Brendan Gleeson), który wspomina swoją młodzieńczą, a przede wszystkim traumatyczną przygodę, pisarzowi Mellvile (Ben Whishaw). Staruszek sięga pamięcią daleko w przeszłość i opowiada o rzeczach strasznych, które pozwolił załodze pozostać przy życiu

Ron Howard przedstawia męską opowieść o sile, ambicji i honorze. Nie upiększa ani nie demonizuje postaw swoich bohaterów, dzięki czemu zyskuje zwykłą historię o niesamowitych wydarzeniach. Ciężar fabuły składa na barkach dwóch charyzmatycznych postaci, które szczerze się nie znosza, a znalazły się na jednym statku. Kapitan George Pollard (Benjamin Walker) jako syn kapitana zostaje wciśnięty w ramy dowództwa, które wyraźnie mu uwierają. Brak predyspozycji, młody wiek i strach przed odpowiedzialnością rekompensuje sobie butą i chorą pewnością siebie. A jego działania są napędzane przez nienawiść do pierwszego oficera Owena Chase’a (Chris Hemsworth). Doświadczony i pewny siebie wiedzie zdecydowany prym. Męska rywalizacja, kipiący testosteron i zmagania z ogromnymi kaszalotami napędzają akcję W samym sercu morza.

I wszystko w filmie Howarda się zgadza: morska otchłań, poczucie zagrożenia i strach, a jednak nie zachwyca jak Życie Pi Anga Lee czy walka o przetrwanie w Cast Away Roberta Zemeckis. Film staje się bardziej naturalistyczny, ale również zachowawczy. Ziemiste kolory powodują przygnębienie, ale oko kamery unika tematów trudnych, odwraca się od cierpiącego i umierającego ciała zmagającego się z głodem, wyczerpaniem i zwierzęcymi instynktami przetrwania. Jedynym zarzutem, który nieustannie pojawia się w mojej głowie jest fakt, że Chris Hemsworth, nawet po drastycznym odchudzaniu, jest za ładny do roli Chase’a.

Opowieść Nikersona stała się inspiracją do powstania powieści „Moby Dick”. Reżyser za pisarzem próbuje wpleść do swojego filmu trochę przygody, dramatu i rozważań filozoficznych o tym, co czyni nas ludźmi i czym jest nasze człowieczeństwo. Udaje mu się to w umiarkowanym stopniu, ponieważ forma filmowa jest mniej pojemna. W samym sercu morza zachwyca wizualnym dopracowaniem morskiej tułaczki i walki z kaszalotem, ale cierpi na brak temperatury, która rozgrzałaby widza emocjonalnie.

Ocena: 6/10