Ciało wirtualne musi mieć szkielet - recenzja filmu Córki dancingu

Disneyowska arielka po 22? Baśnie braci Grimm dla dorosłych? Agnieszka Smoczyńska swoimi Córkami dancingu pokazała że można dokonać bezkrwawego (chociaż…?) przejęcia eksperymentu w polskim kinie współczesnym. W swoim debiucie fabularnym, bez kompleksu, potraktowała gatunek jako święto ruchome oraz zaktualizowała zjawisko musicalu w polskim kinie.

Startujemy dość niewinnie, a nawet naiwnie. Naszymi bohaterkami są dwie syreny, które z bajkowymi wyobrażeniami nie mają dużo wspólnego. Kolorowymi, mieniącymi się cekinami jest wytapetowana cała epoka PRL i sentymentalne wyobrażenie reżyserki o tamtym okresie, ale nie ogony naszych nimfetek. Czerwień natomiast nie pojawi się wyłącznie na ścianach zadymionych klubów warszawskich lat 80.

Bohaterki opuszczają swoje środowisko naturalne. Naszymi gośćmi z zewnątrz (a właściwie spod powierzchni) zaopiekują się członkowie pewnego zespołu muzycznego. Pokażą oni im bogactwo świata ludzkiego… ale czy to nie będzie tak naprawdę czarny PR dla cywilizacji?
Nasze siostry – Złota i Srebrna – próbują wyrazić zgodę na prawa ziemskie. Odmawiają sobie nawet spożywania ludzi, chociaż patrząc na kondycję cywilizacji, nie musiały się przecież aż tak głodzić. Nasze bohaterki odwiedziły ziemię wyłącznie w celach rekreacyjnych, jednak niezobowiązujący weekend komedii i kiczowatej zabawy na lądzie, zamieni się w mroczny maraton o ludzkiej naiwności oraz studium nieludzkiej samotności. Na przykładzie tej mocno rock and rollowej historii, Córki dancingu pokazują próby odnalezienia się w świecie, który jest bardziej irracjonalny od faktu obecności istot pozaziemskich. Z czasem odniesiemy wrażenie, że istoty ludzkie mimo, że mają płuca, a nie skrzela jak nasze bohaterki – również tracą oddech i są zdezorientowanie w swoich działaniach.

Agnieszka Smoczyńska przeszczepiła na, niezobowiązany wobec jakiejkolwiek schematu przyczynowo-skutkowego, grunt bajkę Hansa Christiana Andersena, nawet specjalnie jej nie parafrazując. Bohaterka Małej Syrenki, jak i jedna z sióstr syren z Córek Dancingu, dla ziemskich uczuć jest w stanie stać się kimś zupełnie innym, dać sobie skonfiskować coś, co można potraktować jak symbol odrębnej tożsamości – ogon. Okazuje się znowu, że świat niezależnie od swoich zapewnień, zawsze jest zaskoczony i nie gotowy na prawdziwe i szczere uczucie. Mało tego, żeby o humanizmie człowiekowi przypomnieć, potrzeba nieczłowieka. Jest to nawiązywanie relacji naszej wyobraźni z wyobraźnią reżyserki, rzeczywistości z metafizyką, syren ze światem im wcześniej nieznanym.

Córki dancingu aspirują do kina inicjacji, gdzie to wampirze syrenki zjadają mężczyzn w pulsującym rytmie refleksji o gender. Figurą dla reżysera, a trochę pionkiem dla społeczeństwa, jest kobieta. Agnieszka Smoczyńska w całej swojej surrealistycznej i postmodernistycznej ambicji, sugeruje nam historię bardzo kobiecą. Jednak niestety, za chwilę się okazuję, że nie ważne do końca o co chodzi, ważne jak to chodzi. Może syrenki i wypłynęły na powierzchnie, jednak ambicje narracyjne częściowo utonęły. Markowana problematyka wytrąca swój ciężar i zostaje zdeklasowana show gatunkowym, a psychologia zdaje się wykonywać partie chórków..

Córki dancingu to forma i… echo formy głośno się rozchodzące. To też feeria rozwiązań narracyjnych, gdzie reżyserkę ograniczać się wydaje wyłącznie jej własna wyobraźnia. Imponującym jest zgrabne snucie historii i jej rzetelnie oraz solidnie układana mozaika, która staje się też wyznaniem miłosnym w stronę kina i aktem twórczego ADHD. Horror, groteska, dramat, komedia, nawet kino społeczne zaangażowane, a to wszystko pod batutą czy bardziej oficjalnym stanowiskiem – baśni – by za chwilę dokonać dekonstrukcji mitu. Jednak okazuje się, że niepotrzebnie się okaleczamy, rozcinając gałkę oczną, bo nic już więcej projektor onirycznych wizji, nam nie zaproponuje. Hybryda gatunkowa nie adaptuje się w każdych warunkach, podobnie jak nasze syrenie bohaterki… tutaj jednak pokropienie wodą nie wystarczy.

Agnieszka Smoczyńska cytując wiele poetyk, próbuje nam opowiedzieć o tęsknocie rzeczywistości za magią… dopóki jej nie dostanie oraz kompletnej bezradności świata w konfrontacji z nią. Wyobrażenia są wspaniałe dopóki nimi zostaną, a dno tak naprawdę jest na powierzchni.

Niestety, Córki dancingu nurkując w nieznanych wodach gatunkowych, w przeżuwaniu psychologii wybierają płytkie i bezpieczne wody. Pełnoprawny kinem surrealistycznym staje się produkcja wyłącznie w momencie, kiedy cała dezynwoltura narracyjna i rebusy znaczeniowe są nośnikami znaczeń. Ciało wirtualne musi mieć szkielet… bo inaczej się przewróci.