Stare grzechy mają długie cienie - recenzja filmu

Niestety często mówię o filmach, że mają jedną wadę: powstały. Jednak rzadko podczas seansu żałuję, że coś jest filmem… a nie serialem. W najnowszym, hiszpańskim, silnie gatunkowym, ale opalizującym mniej monogamicznymi ambicjami, filmie – Stare grzechy mają długie cienie – krzyczałam – dlaczego nie serial, chociaż mini?

I ten wyrzut, to nie zarzut – wręcz przeciwnie. Ten film posiada wszystko czego brakowało serialowi True Detective. Film czmychnął wszystkim pułapkom zniecierpliwienia i próżności, w które wjechała z impetem amerykańska produkcja. Jednocześnie jest tak mało widowiskowy, uczciwy wobec skrupulatnej konstrukcji, stąd cierpliwością bliżej mu do narracji serialowej.

Ale od początku. Mamy dwójkę detektywów, którzy mają kolejną sprawę przed sobą. Małe, niepozorne miasteczko, dwie zabite dziewczyny, dewiant gdzieś się ukrywa. Jednak zgrabne i piekielnie inteligentne zagranie reżyserskie, sprawia że reżyser gdzie indziej lokuje swoje uczucia. Pod mikroskop nie trafia śledztwo. Prawdziwą zagadką jest dynamika relacji pomiędzy dwójką bohaterów.

Alberto Rodríguez siada do stołu ze znanymi sztuczkami karcianymi, ale proponuje nowe rozdanie. Dyskretność obrazu, niuanse, opowiadanie na paluszkach oraz wpompowanie pewnej metafory i symboliki w kadry (fantastycznie nakręcony!), to w kinie gatunku jednak grubiej ciosanego, zawsze miła niespodzianka. Kamera traktuje widza jako inteligenta, podsuwa pewne tropy, robi ze wszystkiego wokół zagadkę detektywistyczną. Nie tylko z tej oczywistej rozwiązywanej przez duet z przeszłością.

O właśnie! Ważne słowo – przeszłość – o niej również stara się wspomnieć kilka słów melancholijna, lekko metafizyczna narracja. Na ile to co było, determinuje to co jest teraz. Jakie prawa do teraz, ma kiedyś? Nie ma w tych pytaniach łopatologii i psychologii dla krótkowzrocznych, a ta rozprawa filozoficzna jest zawieszona gdzieś w mgle spowijającej całą prowincję, na której znaleźli się nasi bohaterowie.

Stare grzechy mają długie cienie to film uprany w smolistej letnio-nihilistycznej brei bez bredni. Nie ma tutaj luzaka Nasha Bridgesa, czy Brucea Willisa z tytanowymi organami. Dla widza rozpieszczanego regularnie przez atrakcje fabryki snów (koszmarów) będzie papierowy i zbyt oszczędny. Jednak w tym monochromatycznym świecie jest wiele kolorów, tylko nie dla oka, a głowy. Film skonstruowany z wielu wielokropków. Uprany, nie wyprany, nieodwirowany, w niewielkiej ilości stopni, ale jego zapach wprasza się w nozdrza widza.