Recenzja: Zupełnie Nowy Testament

Bóg mieszka w Brukseli, stworzył świat i ludzi za pomocą komputera. Ma rodzinę: żonę, syna Jezusa oraz córkę o imieniu Ea. To ona jest główną bohaterką, a zarazem narratorką opowieści według scenariusza Jaco Van Dormaela i Thomasa Gunziga.

Jaco Van Dormael, reżyser oraz scenarzysta Zupełnie Nowego Testamentu, znany jest najlepiej z filmu Ósmy dzień – historii niezwykłej przyjaźni pomiędzy biznesmenem i mężczyzną cierpiącym na zespół Downa. Jego nowy film również porusza ważne życiowe kwestie: religii, przyjaźni, miłości, lęku, przy czym robi to ze znaną sobie lekkością.

Zacznijmy po kolei. Bóg (Benoît Poelvoorde) nie jest dobry, jest tyranem w swoim domu, dzieci go właściwie nienawidzą, a żona boi się odezwać choćby słowem. Całymi dniami pracuje przy komputerze, głównie myśląc, jakby tu uprzykrzyć ludziom życie. Jezus ukrywa się pod obliczem porcelanowej figurki i jest super bratem dla swojej siostry. Nie znamy imienia Żony Boga (Yolande Moreau), wiemy tylko, że jest boginią, ale zupełnie nie wykorzystuje swoich mocy. Jak sugeruje tytuł filmu, mała Ea (Pili Groyne) postanawia stworzyć nowe zasady.

Nietrudno odnieść wrażenie, że kontrowersyjna dawno temu Dogma była o wiele mniej obrazoburcza niż film Van Dormaela. Chociaż zupełnie nie należę do osób, które drażni wykorzystywanie religii jako tematu komedii, miejscami film i dla mnie był niesmaczny, więc osoby religijne powinny potraktować pewne sceny z dużym przymrużeniem oka.

Zupełnie Nowy Testament ma ciekawą fabułę i bardzo dobry scenariusz. Nie zawiedli również aktorzy, świetna jest mała Groyne, Poelvoorde w roli Boga oraz aktorzy drugoplanowi. Warto zobaczyć chociażby dla kreacji Catherine Deneuve. Film jest śmieszny, lekki, ale z drugiej strony porusza poważne tematy. Pomaga nabrać nieco dystansu do otaczającej nas wszystkich rzeczywistości.