Recenzja filmu Creed: Narodziny legendy

Adonis Johnson jest synem światowej sławy boksera, który niegdyś walczył z Rockym Balboą. Stąd gdy młody chłopak, który nigdy nie poznał swojego ojca, postanawia rzucić pracę w korporacji i zająć się zawodowo sportem, na Rocky’ego właśnie pada wybór trenera. Co z tego wyjdzie i czy emerytowany bokser będzie w ogóle zainteresowany taką propozycją?

Creed: Narodziny legendy to drugi film Ryana Cooglera – zadebiutował nagrodzonym m.in. podczas festiwali w Cannes i Sundance Fruitvale z Michaelem B. Jordanem w roli głównej. Ten właśnie aktor wcielił się w postać Johnsona, trochę zakręconego, ale zaciętego i nastawionego na sukces sportowca. Wniósł do filmu dużą dawkę dobrego humoru, co jednak w niczym nie ujęło scenom walki czy treningów. Nie zabrakło też wątku romantycznego, a wybranką jego serca została grana przez Tessę Thompson Bianca, aspirująca młoda piosenkarka.

Kultowy już Rocky z Sylvestrem Stallone w roli głównej miał swoją premierę w 1976 roku, lata 80. to kolejne części i kolejne sukcesy, żeby zakończyć w 1990 piątą częścią o przekwalifikowaniu się na trenera. Creed nie jest więc pierwszym filmem, w którym słynny Rocky Balboa pełni funkcję instruktora, ale na pewno wartym obejrzenia.

Nie trzeba być fanem boksu, czy w ogóle sportu, żeby dobrze się bawić na filmie. Wspomniane już poczucie humoru, lecz również swobodne poruszanie trudnych kwestii sprawiają, że jest to historia, do której z łatwnością można się odnieść. Bo Creed to przede wszystkim historia o dążeniu do życia według własnego scenariusza, niezależnie od niepowodzeń i przeciwności losu. Jako motywacja do realizacji noworocznych postanowień.