Recenzja: Moja miłość

O tym marzy właściwie każda kobieta. Nagle pojawia się przystojny, szarmancki mężczyzna, który jest nią zafascynowany i odmienia jej dotychczasowe życie. To właśnie spotyka Tony – główną bohaterkę Mojej miłości w reżyserii Maïwenn.

Banalna wręcz historia: czarujący mężczyzna, wielka namiętność i ciągła nadzieja. Bo nie jest to książę z bajki, Georgio nie narzeka na zainteresowanie ze strony kobiet i bynajmniej go nie unika. Jednak Maïwenn nie dokonuje żadnych ocen, stara się przedstawić obydwie postaci względnie neutralnie. A przede wszystkim pokazuje samą miłość bohaterów, kompletnie obojętną na jakikolwiek rozsądek.

Reżyserka znana jest głównie ze swoich ról aktorskich i kariery modelki, po drugiej stronie kamery zadebiutowała w 2004 roku krótkometrażowym „I’m an actrice”. Za film Poliss otrzymała Nagrodę Jury Festiwalu w Cannes. Nominowana do Złotej Palmy Moja miłość broni się przede wszystkim aktorstwem: znakomici są główni bohaterowie, Emmanuelle Bercot w roli Tony, wciąż atrakcyjnej kobiety w średnim wieku, która musi pogodzić się z myślą, że lata młodości ma już za sobą, i Vincent Cassel jako Georgio, porywczy kobieciarz, niedojrzały do poważnego związku.

Równolegle do historii o miłości mamy jednak drugą narrację: rehabilitację bohaterki po wypadku w ośrodku w górach, gdzie zaprzyjaźnia się z grupą młodych mężczyzn. Nowi przyjaciele i otoczenie pomagają Tony powoli odzyskiwać zdrowie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Wątek potraktowany jest dość płytko, nie do końca wiemy, jaki ma związek z całą historią bohaterki, wiele kwestii zostaje przemilczanych.

Jak już wspomniałam, film broni się aktorstwem. Broni się do tego stopnia, że mimo wszelkich niedociągnięć wciąga widza od początku do końca. Nie jest jednoznaczny, nie daje żadnych odpowiedzi. Maïwenn nawet przez chwilę nie sugeruje, że uczucie bohaterów jest złe, że nie powinni być razem. Po prostu pokazuje miłość, która nie miała szansy się spełnić.