Antropocentryzm w kinie - recenzja filmu Mów mi Marianna.

Mów Mi Marianna czerpie ze wszystkiego co najdoskonalsze i najinteligentniejsze w szkole polskiego dokumentu. Reżyserka odrobiła lekcje i imponująco manifestuje, niczym Kieślowski, Karabasz, pars pro toto, o poświęcenie uwagi rzeczywistości – więcej pokory i słuchania, nie afirmacji własnych racji. Zmiana świata, poprzez mówienie o nim. Tylko wtedy rzeczywistość może się odwdzięczyć i w Mów mi Marianna robi to z nawiązką, dla obustronnej satysfakcji.

Nie ma gadających głów, podglądamy, wręcz wchodzimy w mocno intymną relację z naszą bohaterką. Towarzyszymy jej w procesie przemiany z mężczyzny w kobietę. Bez taniej prowokacji, bez dumnie wypiętej piersi z wyważania drzwi mentalnego zaścianka, bez rozpychania się łokciami w gronie nowoczesności i post-humanizmu. Reżyserka chowa się za bohaterką, ale nie ze strachu, a z umiejętnego poprowadzenia swojej wrażliwości by znaleźć niecodzienne i warte poznania, tam gdzie nikt się tego nie spodziewa.

Bezpośredniość wywiązuje się ze szczerości przekazu i odpowiedzialności za niego. Reżyserka nie nadużywa tematu, który stawia wiele pytań i może stwarzać wiele pokus swoją tabuizowaną naturą, szczególnie w naszej przestrzeni. Znamienne, że nasza bohaterka nie obraca się w środowisku uduchowionych członków LGBT, czy nie popija wegańskiego wina na Placu Zbawiciela. Ten świat jest zwyczajny i nie zmanipulowany do okoliczności filmowych, mamy tutaj coraz rzadziej stosowaną ascetyczną formę – tanie posiłki, kierowca metra i wersalka. Reżyserka znalazła temat i złoża refleksji, zadumy, wręcz historii miłosnej do siebie i do drugiej osoby. Ta obyczajowa, spokojna narracja towarzyszy również kwestiom, w których ciężko nie wydać z siebie drżącego głosu i gdzie spora część społeczeństwa nie zdałaby egzaminu na tolerancje.

Nasza bohaterka nie jest współczesnym filozofem, chce zmienić przede wszystkim swój świat, a ten na około może przy okazji, metodą małych kroczków, a nie ekstatycznymi gestami. Chodzi tutaj przede wszystkim o Mariannę, kamera skupia się na jednostce, a nie próbuje bawić się w gromki głos jakiejś mniejszości. I w tym jest siła dokumentu, w totalnym podporządkowaniu się bohaterce i oddaniu jej głosu, potraktowaniu siebie ekstremalnie przezroczyście, zignorowaniu siebie kosztem cudzej historii, pięknej historii.

Kolejne odwiedziny w życiu Marianny, mamy poprzecinane próbami czytania sztuki powstającej na podstawie jej historii. To zabieg mocno symboliczny i wpisujący się w metodę nie wtrącania się reżyserki w świat spotkany. To kolejna strofa w utworze afirmacji świata realnego i jego przewagi nad fikcją, filmowym formatem. To ona przerabia i mutuje rzeczywistość, nie odwrotnie.