RECENZJA: Zjawa

Alejandro González Iñárritu nieco spuszcza z tonu po barwnym i tętniącym życiem Birdmanie. Reżyser zatapia się w złowrogi, męski świat zdrady, zemsty i walki o przetrwanie w zimowej aurze lasów Ameryki. Nie daje się zamknąć w schemacie jednego tematu czy motywu odtwarzanego w różnych wariantach, lecz wypuszcza się na ziemię nieznaną. Niestety nie do końca skutecznie. Grzęźnie w błocie topniejącego śniegu, zostawiając brudny ślad egzystencjonalnego akcentu rodem z kina Terrence’a Malicka.

Zjawa to film organiczny, bliski naturze, której człowiek nieustannie musi stawiać czoła. Zatopiony w nieprzyjaznej aurze momentami przywodzi na myśl podróżniczy przewodnik Beara Gryllsema o tym, jak przetrwać w dziczy. Inarritu mnoży przeciwności, potęguje kontrasty i dualizm świata, którego harmonia została zachwiana przez wkroczenie białego człowieka do królestwa Indian. Rdzenni mieszkańcy Ameryki starają się obronić swoje wartości i integralność z naturą przed postępującą cywilizacją i agresją. A to nie jedyna kwestia poruszana przez twórcę 21 gramów. Na pierwszy plan wysuwa się konflikt pomiędzy łowcami zwierząt Hugh Glassem (Leonardo DiCaprio) a Johnem Fitzgeraldem (Tom Hardy), który przeradza się w osobistą wendetę.

Nieco enigmatyczna opowieść staje się kinem drogi i zemsty napędzającej Glassa do działania. Leonardo DiCaprio niczym Clemens Forell z Jeniec: Jak daleko nogi poniosą Hardy’ego Martinsa zmaga się z zimową aurą, wrogim środowiskiem i dzikimi zwierzętami. Niestety momentami przypomina bohatera gry komputerowej, który posiada wiele żyć, a „drobny” upadek jest tylko niewielką przeszkodą w drodze do celu. I choć filmowy Hugh Glass posiada swój rzeczywisty pierwowzór opisany w powieści Michaela Punke’a („The Revenant: A Novel of Revevenge”), to dopisanie mu romantycznej przeszłości związku z rdzenną Amerykanką oraz syna, dodaje niepotrzebnej metaforyki i wymowy.

Film obfituje w przepiękne ujęcia, zmiany perspektywy i niemal namacalną atmosferę grozy i mrozu, a to wszystko dzięki zdjęciom Emmanuela Lubezkiego. Efektowana scena walki Glassa z niedźwiedziem zapewne przejdzie do historii kina, ale nie jest w stanie uratować fabularnej nudy i jednostajnych bohaterów. Zjawa to przede wszystkim estetyczna uczta, hymn na cześć piękna i grozy natury zanurzony w metafizyce duchowego wymiaru, przeplatany od czasu do czasu brutalnością i fizyczną dosłownością. To jednak za mało, aby zachwycać transcendencją rodem z filmów Malicka czy przygodowym akcentem opartym na podróży wydartego śmierci Glassa.

Ocena: 6/10