Janis – Zachrypnięta oda do życia

Niektóre kwiaty nigdy nie usychają. Nie wytrzymają w jednym wazonie, ale je podlewajcie. O Janis Joplin, największej przedstawicielce kultury hippisowskiej, pełnokrwistym beatniku, reformatorce, feministce, wypowiedziało się wielu. Jak w tej całej wyeksploatowanej przez, co odważniejszych, postaci, wyrwać nieznane? Dać sobie spokój, z wyliczaniem jej tych wszystkich popkulturowych orderów. Wziąć się za jej serce, a przy okazji widza – w konsekwencji, nie intencji. Wykazać takie zainteresowanie, na jakie Janis czekała całe życie. Wydobyć z niej ten głos, którego na scenie przez jej hałasowanie, nikt nie usłyszał. Janis Joplin – agitatorka życia.

Oddawanie realiów czasu, akt koronkowej roboty faktografa, nie byłby wystarczającym do zilustrowania, tak gorącej postaci jaką była Janis. Byłoby to wręcz niegodnym chałupnictwem i niepotrzebnym wystudzeniem. Potrzeba tutaj dokumentalistyki zwinnej, mało konserwatywnej, afirmującej wartości Janis, będącej jak ona. I to się udało!

To jeden z najbardziej temperamentnych dokumentów ostatnich lat. Nikt nie powątpiewa w fascynację i znajomość przez reżyserkę dziewczyny z Teksasu, ale nie wymaga się tej zażyłości od widza. Można bez odrobienia lekcji, usiąść i obejrzeć to jak historię miłosną, o krwawiących sercach, które biły krótko, ale jakże prawdziwie. To jest zapis EKG dzieci kwiatów, co tylko w bukietach potrafiły funkcjonować, by potem się rozpychać.

Janis charakteryzowała szczerość emocjonalna na poziomie dla zaawansowanych. Dokument ma taki sam, łobuzerski charakter. Nie ma tu suspensów, kryminalistyki, edukacji, profilaktyka jest delikatnie zaakcentowana. Brak tutaj scen z jej pogrzebu, szlochających fanów, czy marszu żałobnego. To dokument o skrajnej afirmacji życia, a nie jej konsekwencjach. Jest mocno intymny i sowizdrzalski. Narracją są listy Joplin pisane do rodziców, w których nieustannie chodziło o akceptację, którą uzyskała już od całego świata… prócz własnej matki i ojca. Reżyserka jest wycofana (jednak nie ma tremy) a obecność gadających głów wcale nie wytrąca nas z tej beatnikowej drogi ani nie zdejmuje nogi z gazu. Pozwala nam po prostu zobaczyć co się działo w tym hipisowskim wozie, przekraczającym prędkość i dachującym wielokrotnie. Znamienne też jest, że reżyserce udało się nie zagadać materiału muzycznego, co się w wielu dokumentach zdarza.

Zrobić dobry dokument, o tak charakternej postaci, to wyjść od niej refleksją daleko poza nią. Nie tracąc zainteresowania jej postacią, stworzyć utwór o czymś więcej. Z empatią opowiadając o Joplin, reżyserka zorganizowała manifest wolności. Dlatego tutaj nie chodzi o Janis muzyka, tylko o Janis kobietę – stąd nazwa dokumentu – Janis. Ty powiesz, że robiła karierę, ja powiem że szukała miłości – na ogromną skalę. Zakochiwała się w wielu, dawała zakochiwać się wielu w sobie, ale chodziło o odnalezienia uczucia do samej siebie. Ale tym dokumentem znowu wzbudzi je w wielu.

Ocena: 8/10