Dzikość serc z Łodzi – recenzja filmu Śpiewający obrusik

Wyjaśnijmy sobie coś na początku. Nigdy wcześniej w historii uczelni artystycznych, praca dyplomowa nie trafiła dalej, niż na egzamin… a już na pewno nie do kina. Śpiewający obrusik wymknął się z murów akademickich i ruszył w świat. Zaśpiewał, trochę fałszował, ale nikt mu nie może odmówić odwagi. A finalnie do takich świat należy.

Czuję, że najzdrowszym sposobem na zrecenzowanie filmu Mariusza Grzegorzka będzie (o ironio!) pozostanie schizofrenikiem. Jekyll potraktuje film zgodnie z paradygmatami, bez taryfy ulgowej, bo dotarł do kina i tak też chce być oceniany. Hyde natomiast opowie trochę filuternie o Śpiewającym obrusiku jako celebracji i karnawale nieposkromionej wyobraźni, wypadkowej kilkunastu wrażliwości i eksperymencie na żywych i bardzo zdolnych organizmach (trafniej „z” żywymi i zdolnymi).

Śpiewający obrusik to cztery etiudy, krótkie metraże, rozdziały… teraz powinnam napisać – składające się w całość – ale wprowadziłabym wszystkich w błąd. Poszukiwanie wspólnego mianownika w tych historiach, w warstwie narracyjnej, to będzie tylko nadużycie i wiara w film jako opowiadanie. Każda z etiud proponuje inną narrację oraz formę, stosując przewrotne poetyki. Od narkomańskiej miłości w duchu Gaspara Noe, czy neobarokowego Leo Caraxa, po absurd paradokumentu w stylu dogmy, na jednym oddechu, w etiudzie o naleśnikach. W międzyczasie dostaniemy jeszcze krótki film o dorastaniu, takie Made in Poland (zamiast Made in Britain) w lokalnym folklorze. Wszystko „sklamrowane” mocno surrealistyczną, baśniową i mitologiczną przypowieścią. W epilogu, który przecież już z definicji nie musi nawiązywać do wcześniejszych części utworu, mamy taniec Bollywood!

Dlaczego więc mam wątpliwości, skoro dostaję do głowy własnej spory pakiet inspiracji, twórczej nadpobudliwości? Film to narzędzie bardziej zdyscyplinowane, bliższe konstrukcją literaturze, niż malarstwu. Nie ma w Śpiewającym… ciągłości fabularnej, co doprowadza widza chwilami do dezorientacji, powodującej dyskomfort. Nie zdążę się rozsiąść w jednym wycinku remontowanej rzeczywistości i nagle ktoś mi każe przejść do sali obok. Wobec Śpiewającego obrusika by zbliżyć się do właściwego nazewnictwa, trzeba użyć określenia art video. To film skłaniający się bliżej innowatorskiemu podejściu do idee fixe montażu – czyli konstrukcja kolażu, a nawet brikolażu.

Bo może tutaj nie chodzi o szukanie historii w kolejnych rozdziałach, a pomiędzy nimi. To przebojowe, pulsujące, pełne niedojrzałości, ale i temperamentu wyznanie aktorskie. Zmyślone historie przekraczają granice komfortu i docierają do prawdziwego wywaru z głowy i życia aktora rozpoczynającego swoją podróż artystyczną.

Mr Hyde natomiast rozumie sugestię zawartą już w tytule. No bo jak obrusik może śpiewać, no to może i logice trzeba pozwolić wcześniej wyjść z pracy? Może nie warto być wiernym wobec innych reguł i rozłożyć szeroko ramiona. Może trzeba przytulić akt odwagi i przejaw ekscentrycznej inicjatywy studenckiej. To film urwipołeć! To film pełen zdań wykrzyknikowych i pytających.

Śpiewający obrusik to film próbujący, szukający, na żywo wymyślający, obnażający się. Trochę nieporadny, pełen widocznych szwów i gubiący sens kulis, making offu, próby generalnej, a gotowego filmu, ale bezkompromisowy i totalnie szczery w swojej bezradności. Nie do końca jeszcze potrafi, ale chce i pragnie. I tej chęci oraz entuzjazmu nie można odmówić całej ekipie, w której kilkoro aktorów po prostu trzeba śledzić dalej! Dzikość serc prosto z Łódzkiej Szkoły Filmowej!