WYWIAD: Wojciech Kasperski o Na granicy

Wojciech Kasperski swoją przygodę z filmem rozpoczął od filmów dokumentalnych. Stworzył bardzo dobrze przyjęty film Nasiona w ramach projektu "Rosja – Polska. Nowe spojrzenie" oraz również nagradzaną opowieść o łódzkich kibicach Miasto Ucieczki. Teraz wyruszył z kamerą w Bieszczady, aby opowiedzieć męską historię o przekraczaniu granic w swoim fabularnym debiucie Na granicy.

To Pana pierwszy pełnometrażowy film fabularny. O czym jest Na granicy?

Chciałem zrobić film o dorastaniu. O sytuacji, w której chłopcy stają się mężczyznami. O decydującym momencie takiej zmiany. Poszukiwałem takiej sytuacji i uznałem, że odpowiednia będzie opowieść o męskiej wyprawie. Ojciec zabiera synów w odludne miejsce, żeby tam pokazać im proste życie. Chciałem przedstawić ideę męskiej wyprawy gdzieś na pograniczu cywilizacji, w górach.

Na granicy to balansowanie między dwoma światami. Granica może być odczytana dosłownie, szczególnie że akcja rozgrywa się na granicy dwóch państwa, ale również metaforycznie. Jaka jest granica Pana bohaterów?

Między chłopcami a mężczyznami, między bezpiecznymi emocjami a przekroczeniem siebie i staniem się kimś innym, kimś lepszym. Każdy z bohaterów tego filmu, musi przejść swoje ograniczenia, żeby przetrwać. A ci, którym się to nie udaje, przegrywają. Przekroczenie swoich granic pozwala iść dalej.

Dlaczego wybrał Pan Bieszczady na miejsce akcji?

Zrobiliśmy z operatorem i scenografem rekonesans. Zjechaliśmy całe polskie góry i w końcu wylądowaliśmy w Bieszczadach. Wykonaliśmy mnóstwo zdjęć, a potem zaczęliśmy je przeglądać. Wtedy wskazywaliśmy fotografie, które odpowiadały temu, jakie powinny być nasze idealne filmowe Bieszczady. To nie są takie Bieszczady, jakie istnieją w rzeczywistości, ale nasze wykreowane. Stworzone z fragmentów miejsc.
Inspiracją do takiego podejścia był scenograf, Marek Warszawski, który pokazał nam film „Baza ludzi umarłych” (reż. Czesław Petelski, 1958 – przyp. red.). Film była wyprodukowany przez wytwórnię we Wrocławiu, nagrany w Sudetach, które grały Bieszczady. Tak samo my staraliśmy się zrobić swoją wersję gór.

Jakie mieliście z Łukaszem Żalem, operatorem, założenia na temat wizualnej strony filmu?

Mieliśmy swoją teczkę inspiracji malarskich. Na początku zaczęło się od bardzo klasycznych obrazów Caravaggia aż po obrazy Picassa. Z Łukaszem mieliśmy jakieś 10-15 przykazań i od nich odbijaliśmy się na planie. Na przykład, że nie pokazujemy czystych kadrów, a kamera ma być aktywna. Natomiast z Markiem Warszawskim szukaliśmy spłowiałych i ciepłych kolorów, a z Izą Izbińską faktur do kostiumów.

Na ekranie debiutuje Kuba Henriksen. Jak został wybrany do tej roli?

Kuba został znaleziony w niesamowity sposób. To zasługa Marka Palki (reżyser obsady – przyp.red.), który znalazł go w internecie. Wyciągnął Kubę z podziemi, kiedy trwały już castingi. Kuba to nie były oczywisty, pierwszy wybór, a raczej jego zestawienie z Bartkiem Bielenią i Andrzejem Chyrą. Wtedy zobaczyliśmy energię między nimi.

Czy o pozostałej obsadzie myślał Pan podczas pisania scenariusza?

Pisząc scenariusz, staram się nie myśleć o konkretnym aktorze. Myślę o pewnych cechach, typach i moich potrzebach. Ważne jest, co taki człowiek powinien wnieść do filmu, jaki rodzaj emocji, jaką fizyczność. Spotkałem się z wieloma niesamowitymi aktorami, z którymi inaczej bym się nie spotkał. Tworzyliśmy różne połączenia i konstelacje. Zebraliśmy kilka osób, które pasowały, ponieważ znajdowały się na przeciwległych biegunach i wiedziałem, że wytworzą się między nimi napięcia.

Zdjęcia przebiegały w porządku chronologicznym według scenariusza. To daje duży komfort?

To daje duży komfort aktorom i reżyserowi. Mieliśmy dwóch młodych aktorów chłopaków. Kuba ma 15 lat, a Bartek jest dopiero po szkole. Chciałem, żeby oni tą inicjacyjną sytuacją przeżywali krok po kroku tak, jak się wydarzyła. Żeby nie ominąć czegoś, co mogło być dla nich ważne. Pierwszy dzień zdjęciowy, to były pierwsze minuty filmu. Taka praca nam pomogła, bo jednego dnia na planie wydarzyło się coś, co zmieniło ciąg dalszy.

Zmieniło scenariusz?

To zmieniło scenariusz i tę historię. Mieliśmy na planie duże widełki, a wewnątrz była improwizacja. To był taki jazz, podbijanie tematu, improwizacja na temat, choć wszystko w ramach fabularnego scenariusza.

Czy na planie były przekraczane granice wytrzymałości i emocjonalności, aby przenieść tę energię na ekran?

Traktuję aktorów profesjonalnie i tego też oczekuję od nich. Nasza praca jest oparta na wzajemnym zaufaniu. Nie ma mowy, żeby przekraczać utarty sposób pracy. Natomiast przy tym filmie nauczyłem się, że jeżeli chcę stworzyć wysoką temperaturę na ekranie, to ona przydaje się też na planie. Warto przekraczać granice własnych relacji i oczekiwań. To nie jest robota w białych rękawiczkach, tylko trzeba wytworzyć pewne emocje. Marcin(Dorociński – przy.red.) jak jest zły, to nic nie udaje. Jak jest wściekły i chce kogoś zabić, to on rzeczywiście chce to zrobić.

„Na granicy” to męskie kino dla mężczyzn?

To bardzo męski film, w którym kobiety grają centralną rolę. Z mojej perspektywy tym bohaterom brakuje czegoś. Oni mają silną potrzebę być lepszymi niż są. A w tym filmie właśnie kobiety symbolizują lepszą część ludzkości. To one są bardziej emocjonalne, niosą życie, nadzieję, pozytywne wartości. Mężczyźni obracają się wokół tej idei, starając się ocalić kobiety, ale także siebie. To zdecydowanie film dla każdego.

A jaki będzie Pana następny film?

W tym roku będzie premiera nowego dokumentu, trzeciej części rosyjskich historii o tytule „Ikona”. Po tym filmie z dokumentem będzie przerwa. Dużo z tego co chciałem powiedzieć, zostało powiedziane. Teraz pracuję nad nowym film fabularnym, który będzie dotyczył miłości.