BERLINALE 2016: War on everyone

Kiedy dwóch facetów w garniturze jedzie samochodem, a w tle leci rytmiczna muzyka z dobrym bitem, w głowie uruchamia się gra skojarzeń. To Bad Boys w szalonej wersji rozpisanej na dwóch charyzmatycznych aktorów stworzonych do komediowego brylowania. Buddy movie w dobrym stylu, w którym groteskowi gangsterzy stają w szranki z niezbyt rozgarniętymi policjantami.

Moralność, prawość i sprawiedliwość to nie życiowe dewizy Terry’ego (Alexander Skarsgard) i Boba (Michael Peña). Służba w nisko opłacanej policji nie stanowi dla nich misji naprawiania świata, a jedynie rozrywkowe balansowanie na granicy ryzyka. Już początkowa scena ustala klimat całego filmu, kiedy rozradowani bohaterowie potrącają mima, żeby sprawdzić czy wyda z siebie jakiś dźwięk, a potem okradają go, zabierając mu paczkę kokainy. To filmowa rebelia, gdzie wojna toczy się z całym systemem, ktory próbuje ich ustawić w szeregu. Reguły i zasady przestają mieć znaczenie i choć może się wydawać, że są źli do szpiku kości, to jednak posiadają swój własny, braterski, kodeks, który sprawia, że mogą na sobie polegać.

War on everyone to przede wszystkim sarkastyczny humor, ktory zasadza się gdzieś na granicy poprawności politycznej. Reżyser nie obraża żadnej społeczności, ale fantastycznie obśmiewa stereotypowe przywary, obrywa się muzułmanom, czarnoskórym czy Irlandczykom. I to właśnie w tych ryzykownych żartach tkwi największy potencjał. Tym bardziej, ze policjanci potrafią śmiać się z własnych wad i społecznego postrzegania: biały bogaty mężczyzna i latynos z syndromem macho. Terry pracuje na wiecznym raucie, lekko przygarbiony przypomina ogromną niezdarę. Kiedy Bob z niemałym wysiłkiem próbuje się odnaleźć w rodzinnych pieleszach, wychowując z żoną dwójkę otyłych synów.

Reżyser tworzy film, który opiera się w dużej mierze na chemii pomiędzy głównym bohaterami. Wybuchowe połączenie zostaje uzupełnione przez fantastyczną ścieżkę dźwiękową, dzieki temu, ze Terry jest fanem starych przebojów. „War on everyone” idealnie mieści się w ramach filmowego gatunku i staje się dobrą zabawą, dzięki brutalnej lekkości śmiania się z samego siebie. John Michael McDonagh puszcza oko do widza i wychodzi z tej filmowej potyczki obronną ręką.

Ocena: 7/10