BERLINALE 2016: Alone in Berlin

Po wybuchu II wojny światowej nie wszyscy Niemcy wierzyli w hasła głoszone przez Hitlera. Młodzi mężczyźni wysłani na front, ginęli, zostawiając zrozpaczone rodziny. Nikt jednak głośno nie wyrażał sprzeciwu, gdyż wiedział, jakie konsekwencje czekają występującego przed szereg. Alone in Berlin zapowiadało się na film o jednostkowej krucjacie z kryminalnym zacięciem, a nie jest nawet rodzinnym dramatem z zapleczem emocjonalnych wątpliwości.

Vincent Perez otrzymał elektryzującą historię, która w latach 1941-1943 rozgrywała się na ulicach Berlina. Zrozpaczony po stracie syna ojciec, Otto Quangel (Brendan Gleeson), rozpoczyna pisanie kartek pocztowych, na ktorych obnaża obłudne działania rządu Hiltera. Otwarcie krytykuje politykę, wyznawane wartości i podejmowane kroki. Starannie napisane krótkie liściki podrzuca w uczęszczane miejsca, do urzedów czy banków, podejmując ryzyko złapania. I wszystko byłoby dobrze, gdyby choć cześciowo dało się odczuć narastające niebezpieczeństwo i atmosferę balansowania na granicy ryzyka. Tymczasem Otto wraz z żoną (Emma Thompson) przechadza się po mieście i nic nie zwiastuje, że policjant Escherich (Daniel Bruhl) depcze mu po piętach.

Motywacja bohaterów niby jest jasna, ale nie dowiadujemy się, co sprawia, że zwykły mechanik potrafi podjąć tak duże ryzyko. A jego żona, choć zaangażowana i aktywna, jest tak emocjonalnie powściągliwa, że trudno uwierzyć w jej ból po stracie jedynego syna.

Równie słabo wypada Daniel Bruhl, który staje się tylko figurą popychającą akcje do przodu. Bez większego zaangażowania wbija pinezki w mapkę miasta, zaznaczając miejsca pojawienia się pocztówek. Policyjne śledztwo ocieka w skróty myślowe i luki logiczne, ale to nieważne dopóki sprawcy zostaną schwytani, a Escherich ma czyste sumienie, że zrobił wszystko, co w jego mocy, aby zadowolić przełożonych i pozostać w zgodzie ze sobą.

Jednym z największych dysonansów w filmie Vincenta Pereza jest używanie języka angielskiego. Bohaterowie zatopieni w niemieckim świecie, piszą i czytają po niemiecku, choć w warstwie dźwiękowej władają językiem Szekspira. A wrącanie niemieckich zwrotów grzecznościowych i kluczowych słów tylko powoduje śmieszność.

Alone in Berlin zatapia się w mglistą atmosferę, która mogłaby wykreować dreszczowiec pełen walki o prawdę. Tymczasem misja oświecenia narodu przez Otto, zamyka się w kilku chwilach niepewności, ale bez uczucia grozy, które powinno towarzyszyć działaniom przeciwko reżimowi. Uparte pokazywanie berlińskiej zabudowy i długie ekspozycji, nie pozwalają na pełne zarysowanie postaci, które stają się papierowymi nośnikami idei. Perez zaplanował swoją produkcję na rynek międzynarodowy, ale zapomniał, że w filmie równie ważne jak przystępność, jest wiarygodne przedstawienie bohaterów, za ktorymi chce się podążać.

Ocena: 4/10