RECENZJA: WIERNA

Zazwyczaj w kinie denerwuje mnie nadmierna łopatologia i naiwne objaśnianie rzeczywistości, tym razem twórcy nawet nie starają się, aby budowany przez nich świat wydawał się nieco bardziej logiczny, a bohaterowie wiarygodni i przyciągający uwagę. Kiedy po krótkim wstępie, dowiadujemy się, że liczne frakcje w mieście Chicago upadły, a władzę przejęła Evelyn (Naomi Watts), niemal z każdej strony atakuje nas główne przesłanie filmu, że podziały i jakakolwiek segregacja ludzi jest zła i w ostatecznie prowadzi do konfliktu.

Seria Niezgodna: Wierna naszpikowana jest filmowymi odniesieniami, nietrafionymi dialogami i fabułą pełną dziur, których nie da się wypełnić wyszukanymi rozwiązaniami science-ficion. Ta opowieść kuleje od samego początku i choć scenarzyści (w postaci czterech osób: Noah Oppenheim, Adam Cooper, Bill Collage, Stephen Chbosky) starają się napisać ją od nowa, odchodząc nieco od książki, to Niezgodna wciąż pozostaje toporna i niejasna.
Po upadku systemu przez lata panującego w Chicago, nadchodzi czas wymierzania sprawiedliwości i ustalania nowej hierarchii. Tris (Shailene Woodley) nie interesują jednak polityczne rozgrywki. Ciekawość wiedzie ją na drugą stronę muru. Wyrusza więc w misję wraz z Cztery (Theo James), Peterem (cudowny Miles Teller), Christiną (Zoe Kravitz i Calebem (Ansel Elgort), aby przekonać się , że ich świat był czymś w rodzaju The Truman Show, a całkowitą kontrolę nad ich życiem sprawował David (Jeff Daniels). Powodem wykluczenia i zamknięcia za murem są modyfikacje genetyczne, które czynią z mieszkańców nieudany wynik eksperymentu.

Tris pragnie zawalczyć o pokój na świcie, a jej naiwność i oddanie sprawie nie przestają zaskakiwać. Jako jedyna „czysta” genetycznie przechadza się w białych strojach (dopasowaną elegancją zaczyna przypominać Jeanine z pierwszych filmów), zyskuje pełne prawa w bazie poza murem i staje się niezbędnym elementem układanki, który ma przekonać tajemną Radę do zwiększenia środków na pomoc dla Chicago. I choć fabuła dziwi brakiem konsekwencji, przynajmniej wizualne podejście do tematu może zachwycać.

Robert Schwentke szyje swoją opowieść z wizualnych filmowych odniesień tak, że bohaterowie lądują na pustyni rodem z Marsjanina, mieszkają w bazie przypominającej świat z Tomorrowland, a sama Tris wciąż boryka się z brzemieniem gorszej młodszej siostry Katniss z Igrzysk śmierci. Zachwycają zdjęcia Floriana Ballhausa, który serwuje nam krwawy deszcz (jak z Wojny światów) czy piękne ujęcie pościgu samochodem przypominające Mad Maxa. W tej mieszance znajduje się jeszcze miejsce dla magii (Harry Potter) i technologicznych nowinek. Orężem bohaterów zostaje serum prawdy i gaz wymazujący pamięć (dobre odniesienie polityczne – lepiej rządzić ludźmi, którzy nic nie wiedzą, nic nie rozumieją) oraz kilka nowoczesnych pojazdów powietrznych.

Pierwsza połowa filmu pracuje w pocie czoła na końcowe zawiązanie akcji, ale robi to dość nieudolnie, stawiając coraz więcej pytań, ale pomijając odpowiedzi. Ludzie w tym filmie nie porozumiewają się ze sobą, a mimo wszystko w magiczny sposób są skuteczni w chaotycznym działaniu bez planu. Największą bolączką Wiernej, oprócz wcześniej wspomnianych niejasności fabularnych, jest brak przekonujących bohaterów (tylko Teller zdaje się być na swoim miejscu), zdolnych do wzbudzenia emocji i empatii. Nie pomaga w tym odkrycie prawdy o Tris. Bo genetyczna czystość nie czyni ją nikim więcej, jak przeciętnym człowiekiem podobnym do nas, siedzących w sali kinowej.

Wierna nie przekracza Rubikonu i nurza się we własnym sosie. Schwentke mając świadomość ograniczeń fabularnych, stawia na piękne ekspozycje i hipnotyzującą muzykę, które czynią seans łatwiejszym do zniesienia. A Tris, po licznych przejściach, wciąż pozostaje wierna sobie, swoim przekonaniom, mieszkańcom Chicago, a przede wszystkim miłości.

Ocena: 5/10