RECENZJA: Na skrzyżowaniu wichrów

Wprowadzenie eksperymentalnych rozwiązań w epoce hybrydyzacji i połączeń niepowszednich, wymaga naprawdę ogromnej gimnastyki. Czasami jednak wychodzi snobizm ekscentryzmu, który przypomina sobie o fabule trochę za późno. Przy czym powstaje zakłócenie, bo forma bezpowrotnie dominuje. Na skrzyżowaniu wichrów szuka nowej poetyki, jednak nie do końca wiadomo po co się sprzecza z podstawową definicją kina, jako „ruchomych obrazów”.

Martti Helde próbuje opowiedzieć jeszcze inaczej o czasach Stalinizmu. Jego historia dotyczy wysiedlenia rdzennych mieszkańców krajów bałtyckich. W tej zbiorowej tragedii, autor wprowadza intymną narrację pierwszoosobową. Wybiera odczytanie listów jednej z postaci uczestniczących w dramatycznych wydarzeniach historycznych. Pisze ona z dala od męża, dzieląc się osobistymi wrażeniami, pełnymi poetyzmu. Reżyser w swoim ambitnym debiucie, stawia na zapis emocji, nie faktografii. Urozmaica to ruchomymi ilustracjami, bo do filmu jednak trochę jego wyborom artystycznym za daleko.

I tutaj zaczyna się pewna dysproporcja w budowaniu filmu przez artystę. Forma odsuwa uwagę od tematu. Mimo, że w swojej empatii twórca chciał się wybrać na misję wspomnieniową, trafia jednak do szalonego laboratorium. A o co tutaj tak naprawdę chodzi? Mamy jedno ujęcie na bezdechu (kręcących i występujących) gdzie bohaterowie istnieją, jak gdyby, w stopklatce. Czujemy się jak wycieczka zwiedzająca zdjęcia. Nadbudowa znaczeniowa może nam sugerować, że odczytywanie pamiętnika i wspomnienie to wprowadzenie w ruch zatrzymanych w głowie obrazów. Jednak w kinie wolniejszym od największych wybryków kontemplacyjnego rytmu Tarkowskiego, ten zabieg nie znajduje komunikacji z widzem. Tempo nie zwalnia, by zatrzymać się przy ładunkach filozoficznych, a estetycznych.

Na skrzyżowaniu wichrów można potraktować jako trans, kino medytacyjne, jednak nie różni się to wiele od audiobooka skomentowanego piękną, artystyczną, sensualną i mocno natchnioną wizualizacją.

Ocena: 5/10