RECENZJA: Złoty koń

Pamiętacie, kiedy ostatnie oglądaliście rasowe bajki dla dzieci? Ja przed chwilą, a dostałam taką szansę dzięki siłom tradycjonalizmu naszych sąsiadów. Złoty koń to prawdziwek wśród bajek.

Historia jest prosta, nawiązująca do wielu legend, podań i innych bajek. Mamy trochę i Królewny Śnieżki, bo wiedźma rzuca urok wiecznego snu na córkę króla. Zamknięta zostaje w szklanej trumnie i ustawiona na szczycie góry, do której nikt nie ma dostępu. Zaczyna się wyścig o uratowanie dziewczęcia. Ten, któremu się to uda, dostanie rękę królowej.

Brzmi banalnie, prawda? No na szczęście nie do końca. W uroczym formacie animacji klasycznej, oglądamy to jak ruchome książki z czasów dzieciństwa. Tylko ktoś przesuwa elementy za nas. Prócz tego, w warstwie fabularnej nie zawsze mamy oczywiste oczywistości. Na przykład wątek wiedźmy jest mocno rozbudzony, jej nienawiść do królewny jest wywołana własnym nieszczęściem z przemijania. Zbiera łzy nieszczęścia i rośnie dzięki nim w siłę. Pomagają jej w tym kruki, które są z jednej strony nieporadne, a wierne pozostają tylko ze strachu przed wiedźmą. Wiadomo, to nie jedyny czarny charakter w tej historii, ale wszystko dąży ku właściwemu zakończeniu.

Dlaczego zatem tytuł Złoty koń? To nawiązanie do legendy opowiadającej o rycerzu, który staje się bohaterem, na jego ciele pojawia się zbroja, kiedy pojawia się nieustraszony parzysto-kopytny kompan. Szczerze? To bohater na miarę wieku dziecięco – nie żadna postać Marvelowska. Może częściej o niej będzie się pisać na portalach mama i dziecko, niż filmowych – jednak jest w tej bajce ładunek wyobraźni dla dziecka i tęsknota za Braćmi Grimm dla rodzica.

Jeżeli chcecie zaproponować dziecku bajkę, przed tym aż tryskająca krew z ekranu zacznie go nudzić, a na historii o robotach wyjmie swojego smartphona większego od siebie samego, to idźcie z nim na Złotego Konia.

Nasza ocena: 6/10