RECENZJA: Tata kontra tata

Nie jest żenująco, po ekranie nie przemykają nagie postaci, a do naszych uszu nie docierają fekalno-kloacze dowcipy. Choć momentami jest zabawnie, to Tata kontra tata pozostaje uroczym filmie o rodzicielstwie, a szczególnie o roli ciepłego ojca w życiu dzieci. A może bardziej o dzieciach, które nadają sensu i inspiracji do codziennego działania.

Sean Anders włożył kapcie i wszedł do bezpiecznego domu na przedmieściach, gdzie ojczym Brad (Will Ferrell) uparcie walczy o miłość i szacunek dzieci swojej żony. Kiedy stopniowo zyskuje akceptację, do stabilnego świata wkracza on – wielki nieobecny biologiczny ojciec, który przewraca życie całej rodziny do góry nogami. Dusty (Mark Wahlberg) nosi skórzane spodnie, jeździ wypasionym motocyklem, potrafi wszystko naprawić, a na śniadanie serwuje pachnące cynamonowe bułeczki. Brzmi jak ideał? Brad wypada przy nim słabo. Sztywniak z krawatem pod szyją, który w walizce z narzędziami nosi tampon – tak na wszelki wypadek.

Tata kontra tata to walka na pomysły i wyszukane akrobacje, jak przekonać do siebie dwójkę słodkich maluchów. Panowie prześcigają się w wymyślnych prezentach, pomysłach na wspólne spędzanie czasu i rozwiązywaniu dziecięcych problemów. Momentami są uroczy, czasami groteskowi, ale widać, że wszystko, co robią, wykonują z potrzeby serca i ogromnej miłości.

Anders tworzy film zachowawczy, który pokazuje, że nie każdy potrafi być pełnoetatowym ojcem. Grunt to odnaleźć swój własny sposób na relacje rodzinne. Co więcej film reżysera Millerów staje się poradnikiem, jak rozmawiać i rozwiązywać konflikty. Uczy, że przemoc w niczym nie pomaga, a wszelkie kłótnie i nieporozumienia można zażegnać tańcem. Tata kontra tata bawi łopatologią i banalnością rozwiązań, jednak niesie w sobie urok (szczególnie Linda Cardellini). Dzieciaki dogadują się ze współojcami i wszyscy są zadowoleni. Problemem pozostaje jednak zachowawczy i niezbyt udany scenariusz. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

4,5/10