RECENZJA: Zabójczyni

Kino azjatyckie jest nad wyraz charakterystyczne, czasami wręcz ekscentryczne. Od zawsze najkorzystniej czuje się we własnym sosie, rzadko pozwala sobie na fuzję smaków, czerpie z własnej, przepastnej tradycji. Czasami mocno separuje się od komunikacji z widzem europejskim (złożone pojęcie), a przynajmniej taką niechęć nawiązania dialogu wyczuwam podczas filmu Zabójczyni.

Mocno genderowe to kino, jak bardzo chcielibyśmy dopisać znaczenia do oswojonej przez kino fabuły. Mamy szybką, zwinną i sprytną zabójczynię, wyszkoloną w klasztorze. Jej zadaniem jest wrócić do rodzinnych stron i zamordować swojego byłego narzeczonego.

Problem z komunikacją w tym filmie jest niekończącą się historią (na szczęście film ma swój koniec, będąc złośliwym przesadnie). Ogląda się to jak klisza wszystkich produkcji nawiązujących do terminu Wuxia. To jest coś więcej, niż solidne, orientalne kino kopane, tutaj trzeba się zgodzić. Jednak brak temperatury, mocnego kręgosłupa fabularnego i naśladowanie azjatyckich klasyków jest nieznośne.

Zabójczyni jest ceremonialny i pretensjonalny. Wiele sekwencji zamyka się w układach choreograficznych i scenografii, a cisza która mogłaby wprowadzać w zadumę, mierzi i wzmaga dyskomfort widza w świecie zbyt wymyślonym, umownym. Nazwanie tego doświadczeniem wizualnym, nie produkcją z nagrodą za reżyserię, byłoby o wiele bliższe idei pięknie sportretowanych, ale mizernych narracyjnie, wydarzeń.

To film bez ducha, powtarzający się, czerpiący garściami z poetyki kina jako transu metafizycznego – trochę jednak próbuje na to nabrać niż się serio za to zabrać. Ma urodziwą fizjonomię, gdzie jednak misterność scen nie bierze pod uwagę wprowadzenia im znaczenia. Zabójczyni jest wizytą na tarasie widokowym. Jest ciekawie, można odetchnąć i popatrzeć, ale w pewnym momencie zaczyna wyglądać to nazbyt znajomo.

Ocena: 4/10