RECENZJA: Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Krytycy nie pokochali Batmana i Supermana. Film Zacka Snydera bez skrupułów został zmiażdżony przez dziennikarski walec. W takich sytuacjach zazwyczaj mówi się, że nie jest to najważniejsze. Najważniejsi są zwykli widzowie, bo to właśnie oni chodzą do kina i płacą za bilety. A te, w pierwszy weekend rozchodziły się niczym poznańskie rogale na dzień Świętego Marcina. Oczywiście nic to nie oznacza. O sukcesie zadecydują kolejne tygodnie i tak zwane długie nogi filmu.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończył się Człowiek ze stali. Epicki pojedynek pomiędzy Supermanem, a generałem Zodem odebrał życie setkom ludzi. Wśród nich były także osoby, które znał Bruce Wayne. Okazało się to być dla niego idealną okazją do zawieszenia emerytury i ponownego wskoczenia w strój Mrocznego Rycerza. Pojedynek pomiędzy bogiem, a zwykłym człowiekiem został więc rozpoczęty. A gdzieś w tle, za sznurki pociągał złowrogi i cwany Lex Luthor.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości to film posiadający masę problemów, z którymi niestety nie radzi sobie Zack Snyder. Przede wszystkim kuleje warstwa scenariuszowa. Dialogi są słabe, momentami nawet i bełkotliwe. W pierwszej części widowiska wyprodukowanego przez Warner Bros. Pictures panuje niesamowity chaos. Akcja skacze z jednego miejsca na drugie. Na ekranie pojawiają się kolejne postacie, a my tak naprawdę nie wiemy dokąd reżyser zmierza. Co chce nam przekazać i jaki jest tego sens. Na szczęście z czasem wszystko zaczyna nabierać sensu i odnosi się wrażenie, że Snyder nie jest to końca pogubiony w tym wszystkim.

Twórca Watchmen – Strażnicy potrafi kręcić świetne sceny rozwałek, marny z niego jednak opowiadacz. Niektóre wątki są za długie, lub też całkowicie zbędne. Wątek Lois Lane, w którą wciela się Amy Adams (kocham miłością najszczerszą) działa na nerwy. Jest jej za dużo. Jej śledztwo mające na celu zdemaskowanie Luthora zajmuje zbyt wiele czasu i jest jednym z prowodyrów chaosu panującego na ekranie.

To jednak nie te elementy filmu wnerwiały mnie najbardziej. Na samym szczycie moich minusów jest postać samego Lexa Luthora. Już przy okazji castingu, wybór Jesse’ego Eisenberga wzbudził wiele kontrowersji. I po miesiącach oczekiwania na premierę okazuje się, że były one uzasadnione. Ten aktor nie nadaje się do tej roli. Gra on Jesse’ego Eisenberga… na kwasie. Rozumiem zamiar twórców, scenarzystów – pokażmy postać nierównoważoną, niech świat zobaczy z jakimś świrem przyszło walczyć Batmanowi i Supermenowi. Zgoda, zróbmy to. Tylko niech to będzie facet, a nie jakiś rozwydrzony bachor z pseudomotywacją. Jego bełkot i głosik wydobywający się z ust sprawiał, że chciałem krzyczeć na całą salę, żeby w końcu się zamknął.

Zarzutów jak widać mam sporo do filmu. Na szczęście jest w nim także trochę dobrego. Przede wszystkim Batman. Mroczny Rycerz jest genialny! W końcu dostajemy postać mściciela z Gotham, którego autentycznie można się bać. Jest twardzielem jakich mało, jest wielki, ma straszny głos i niesamowity kostium. Do tego wreszcie dostajemy obraz Batmana – detektywa. Do czasu jego pojedynku z Supermanem jest to całkiem – jeśli można tak to ująć w widowisku za 250 mln dolarów – kameralny Batman. Korzysta on z pomocy Alfreda, wszystkie potrzebne informacje musi zdobyć sam wykorzystując przy tym swoje gadżety, ale także… urok Bruce’a Wayne’a. Jest to Mroczny Rycerz, którego zawsze chciałem zobaczyć i gdybym miał okazję brać udział w plebiscycie na najlepszego Nietoperza w historii kina, to bez zastanowienia oddałbym swój głos na Bena Afflecka.

Fani komiksów produkowanych przez DC mieli sporo obaw co do Gal Gadot i tego jak poradzi sobie w roli Wonder Woman. I wiecie co? Te obawy były niepotrzebne. Jako Diana Price jest piękna i urocza, jest kobietą której ciężko się oprzeć i problemy z tym ma nawet taki amant jak Bruce Wayne. Jako Wonder Woman jest potężna i dobrze mieć ją po swojej stronie. Na ekranie nie jest jej za dużo, ale jak już się pojawia to ciężko oderwać od niej wzrok. Po takim występie ochota na obejrzenie solowego filmu z jej udziałem wzrosła. Co do Supermana to jest on nadal tym samym, nudnym bohaterem znanym z Człowieka ze stali, nad którym nie ma sensu się rozwodzić. Ten film innymi postaciami stoi!

Przy okazji zwiastunów miałem sporo zarzutów co do efektów specjalnych. Wydawało mi się, że Snyder znowu zaserwuje nam CGI rodem z gier komputerowych. Niektóre ujęcia raziły, jakby były żywcem wyjęte z gier wideo i były zwykłymi cut-scenkami. Na szczęście na dużym ekranie tego nie widać. Rozwałka jest zainscenizowana bardzo dobrze. Wielkie wrażenie robi przede wszystkim scena otwierająca film. Pojedynek Supermana z Zodem, upadające budynki, wielka chmura kurzu, biegnący w jego stronę Bruce Wayne. Są to naprawdę przerażające widoki, a do głowy przychodzi skojarzenia z 11 września. W tym wypadku udało się scenarzystom w bardzo fajny sposób połączyć ten film z Człowiekiem ze stali. A dodatkowo nadać znakomitą motywację Batmanowi.

Nawet postać Doomsdaya – chociaż zbędna – prezentuje się lepiej niż zapowiadały to zwiastuny. W trakcie filmu ewoluuje ona i nabiera komiksowych kształtów. Do tego dochodzi jeszcze jedna znakomita scena koszmaru Bruce’a Wayne’a, w której walczy on z ludźmi Supermana. Są to powolne nawiązania do Justice League. I to jest kolejny niezbyt trafiony przez Warner Bros. Pictures pomysł. Jednym filmem nadgonić Marvela, który swoje uniwersum budował przez wiele lat i stworzył już kilkanaście produkcji.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości w ostatecznym rozrachunku okazuje się być solidną rozrywką. I tylko w takich aspektach należy ją traktować. Pojedynek Mrocznego Rycerza z Człowiek ze stali miał być epicki i takowy też jest. To on jest prawdziwą ozdobą tej produkcji i to w dużej mierze dla niego warto wybrać się do kina. Tak jak wspomniałem na początku mojego tekstu – wiele tutaj problemów, z którymi Snyder nie potrafił sobie poradzić. Rozumiem zarzuty ludzi, którym ten film się nie podobał. Ja sam jednak należę do tych drugich. Film wzbudził we mnie wiele emocji, nie nudził mnie pomimo swojej długości i sprawił, że po prostu dobrze sie bawiłem.

Jeśli miałbym go oceniać w skali FDB to dostałby on 7/10. Naciągane, ale jednak.


Gracjan Mikitin
Redaktor Naczelny FDB. Od czasu do czasu, lubię obejrzeć sobie jakiś film :)