RECENZJA: Moje wielkie greckie wesele 2

Moje wielkie greckie wesele 2 oglądam nie jako kontinuum filmowe, czy z zacięciem antropologicznym jako festiwal stereotypizacji. Patrzę na to wielkie greckie pobojowisko jako zazdrośnik, któremu w polskim kinie od dawna brakuje czasów wesołego szyderstwa i dystansu do swojego pochodzenia.

Formuła filmu podobnie jak w części pierwszej, opowiada o jednej wielkiej rodzinie, która styka się mniejszymi i większymi problemami, gdzie punktem kulminacyjnym będzie wesele. Plejada charakterków w tak licznej familii jest niekończącym się gabinetem osobliwości. Zaczyna się niewinnie od mikro dramatu naszej głównej bohaterki – Touli. Opiekuje się wszystkim i wszystkimi, sprawiając że jej małżeństwo zaczyna istnieć teoretycznie, a fikuśna bielizna dawno została upchnięta na dnie szafy. Jednak nowy rozdział w życiu jej córki – decyzja pójścia na studia – może również być nowym oddechem dla małżeństwa Touli. Oczywiście, każdy ma tutaj swój sposób na poradzenie sobie z sytuacją. Rodzice chcą zastosować odwróconą psychologię, a dziadek szuka jej greckiego kawalera.

Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji! Pamiętacie ten moment u Pythona? Chyba tym przykładem będę najbliższej do zilustrowania wszelkich sytuacji kryzysowych w naszej greckiej (do szpiku kości) familii. Nikt nie zostaje tutaj samemu w biedzie… ale niestety często nikt nigdy nie może zostać sam.

Moje wielkie greckie wesele 2 to po prostu umiejętnie zrobione feel good movie. Do tej karuzeli dramacików (wszystko ma komediowy cudzysłów) dołącza sam Papa, który z niewinnych tłumaczeń o wielkości Aleksandra Wielkiego i przekonania, że wszystko wywodzi się z Grecji, zaczyna robić w swoim życiu kwestię fundamentalną. Uczy się nawet obsługi komputera, by złożyć oficjalny wniosek o sprawdzenie swojego pochodzenia. Po drodze dowiaduje się, że w wyniku pewnych nieścisłości w papierach, jego ślub z Marią (cudownie charyzmatyczna Lainie Kazan) jest nieaktualny i po 50 latach wspólnego życia musi się na nowo oświadczyć.

Kirk Jones wie jak z miniaturowych ziarenek sytuacyjnych, wyhodować wielkie plantacje humoru, ciepła i kpiarstwa z samych siebie. Żarty są oczywiście raz mniej udane, raz bardziej, ale stawiają na sytuacyjność i urok osobisty – nie hollywoodzką bezczelność i bezpośredniość. Jest w nich wręcz pewna elegancja i dobry smak, a w kuchni to przecież Grecy radzą sobie doskonale.

Film też sporo mówi o rodzinie z jej całym błogosławieństwem i przekleństwem. Ciotka zbyt bezpośrednia, opowiada o stanie swoich jajników obcemu pielęgniarzowi, a najstarsza z rodziny gubi się na wystawach sklepowych lub chowa pod stołem. W tym całym chaosie jest jednak pewien spokój – o bezwarunkowe wsparcie. Może też jest pewne prawdopodobieństwo, że część tej rodziny skończy w domu wariatów, ale z pewnością wspólnie i z dużym uśmiechem na twarzy.

Moje wielkie greckie wesele 2 to po prostu wielka przyjemność – igrzyska śmiechu. Naprawdę, z rodziną nie tylko dobrze wychodzi się na zdjęciach.

Ocena: 6/10