RECENZJA: Opowieść o miłości i mroku

Reżyserski debiut nigdy nie jest tylko troszkę wydarzeniem. To kumulacja obsesji, fascynacji, drżącego i zazwyczaj długiego monologu prosto z trzewi. W przypadku aktora stojącego po drugiej stronie kamery prócz oczywistego napięcia, dochodzi pewna presja i kwestie ambicjonalne. Niby zna język kamery, ale to on był dotychczas tym światłoczułym. Taka już kolej rzeczy – aktorów w pewnym momencie zaczyna kręcić kręcenie.

Tym razem stało się tak w przypadku Natalie Portman po przeczytaniu przez nią autobiograficznej powieści Amosa Oza. Nie będę wartościowała skuteczności jej wypowiedzi filmowej poprzez zestawienie z jednorazowym wybrykiem Lost River, gdzie Gosling zagapił się na swojego guru Nicolasa Windinga Refna, czy Benem Affleckiem, który okazał się być o wiele lepszym reżyserem, niż aktorem (chociaż poprzeczka nie została postawiona przecież wysoko…). Bez taryfy ulgowej, Portman naprawdę nie potraktowała siebie w sposób uprzywilejowany, a w Opowieść o miłości i mroku wygrała – może nie nokautuje, ale zdecydowane wygrywa na punkty z pewnymi brakami, czy szwami.

Naszym narratorem-bohaterem jest Amos Oz – jedna z najważniejszych postaci literatury XXI w. Tutaj jeszcze nie uznany pisarz, ale malutki chłopiec. Wychowuje się on w trudnym momencie historii Izraela. Reżyserka umiejętnie uchyla się od emanowania prawdą historyczną, a wpisuje ją w fabułę. Oczywiście – okoliczności czasu pełnego niepewności determinują życie bohaterów, ale Portman nie o naturalizm chodzi. Tylko o to, jak literatura i wyobraźnia może ratować przed rzeczywistością, ale niestety nie potrafi nią sterować.

Opowieść o miłości i mroku nie mają w planach być rasowym kinem gatunkowym. Reżyserka podejmuje się nie lada wyzwania, gdyż tekst izraelskiego pisarza jest nielinearny, mocno pourywany, wręcz niematerialny i żyjący mocno do środka – stąd swoista "wewnętrzność" filmu. Jednak jako entuzjastka traktowania dzieła filmowego autonomicznie, lojalność czy jej brak reżyserki wobec dzieła pisanego, nie ma dla mnie większego znaczenia. Tym razem po prostu jest jednak trochę inaczej, gdyż reżyserka szeleści papierem nieustannie, nasączając literaturą całą historię .

Opowieść o miłości i mroku jest matrioszką autotematyczną. Książka w filmie, opowiada o książce, a w trakcie historii powstaje kilka kolejnych fabuł. Matka Amosa czaruje rzeczywistość, nieustannie tworzy nowe fabuły. To ojciec, o ironio, jest pisarzem, mimo swojej dosyć pragmatycznej natury. Reżyserka opowiada o rozwarstwieniach w rodzinie półtonami i subtelnościami podglądanymi przez dziecko. Angażuje też, bez podnoszeniu głosu, warstewkę poświęconą refleksji o roli kobiety. To przecież ciężko chora Fania, wiecznie niezaakceptowana przez rodzinę męża, opiekuje się rodziną i odejmuje sobie od ust, by mieć dla nich. To taka jej ofiara dnia powszedniego, bez celebracji swojego bohaterstwa i męczeństwa. Fania jest pełnoetatowym sercem rodziny, a po godzinach widać w niej niewątpliwie utalentowaną literatkę. Jednak talent zostaje zamknięty w domu, a jej jedynym słuchaczem jest syn.

Opowieść o miłości i mroku to niewątpliwie poetyckie kino, które nie czuje się głupio patrząc dłużej w niebo i rymując do powiewających liści. Czasami jest zbyt przeestetyzowane (ale Sławomir Idziak świetnie kontaktuje się z narracją Portman) infantylne i ckliwe, ale szczere. Ta napotykana naiwność i pretensjonalność, naprawdę epizodyczna, jest w dużym stopniu spowodowana korzeniem historii, który wydziela nostalgię. Takie konsekwencje niesie ze sobą wspomnienie… jest wybiórcze i niezdyscyplinowane. Zobowiązane wobec myśli, nie fizyczności.

podpis pod obrazkiem

W tej poetyckości jest też czasami trochę chaosu, nadmiernego żonglowania perspektywami i kilka serwowanych na raz rzeczywistości, niedążących kilkakrotnie do wspólnego rymu. Zabiegiem, który nie zawsze kołysze się w tym samym rytmie z kinem, są opowieści Fani. Piękne, ale czasami sprowadzające funkcje obrazu do ilustracji jej słów.

Zaskakująca jest wstrzemięźliwość autorki i konsekwencja niuansów relacji – własny język matki i syna, ich dwuosobowa izolatka wrażliwości. Iluż pisarzy mówiło o miłości do kobiet (nie tej w charakterze Bukowskiego) i posiadaniu pierwiastka kobiecości, który jest niezbędny do odkrycia pewnych pokładów wrażliwości, niezablokowanych samczością.

Opowieść o miłości i mroku to udana próba flirtu, a może poważniej – rozpalonej komunikacji – literatury z filmem oraz prezentacja rzeczywistości metafizycznej. Reżyserce nie zależy na traktowaniu sztuki jako nauki ścisłej, to świat słów i wyobraźni. Świat, który ma siłę resuscytacji człowieka po jego kolizjach z życiem.