RECENZJA: Gejsza

W pewnym momencie główny bohater filmu Gejsza mówi jedno z niewielu (zrozumiałych i nawet złożonych) zdań w filmie: – Nie wiem jak to powiedzieć – i pierwszy raz w ciągu półtoragodzinnej lekcji „jak nie robić kina”, jest szczery. To zdanie jest clue filmu. Nikt tutaj nic nie wie, prócz jednego – to się niestety nie udało.

Na swój sposób Gejsza to film wyzwanie – nie dla intelektu – lecz akceptacji niezgrabności w kinie. Już na poziomie opisu mamy pewne niewyrazistości. Mamy „Kolosa”, który nie żyje zdecydowanie na etacie i nie należy do obywateli klasy średniej. Jest generalnie chłopcem od różnych brudnych robótek swojego szefa, który o symbolicznym imieniu „Hajs” prowadzi lokal „Gejsza”. Od tego czasu mamy wszystkie ostentacyjne i nonszalancko zaangażowane składowe kina sensacyjnego z oszczędną ilością dialogów, nabojów i sensu – bryki, chłopaki, odsłonięte kobiece wdzięki, zaniedbaną rodzinę, podwójne życie, ambicje pomedytowania nad mrokiem ludzkiej duszy i mnóstwo nikogo nieinteresujących tajemnic.

Rola krytyka, w tym momencie, pozwala mi zrosnąć się z najbardziej stereotypową i krzywdzącą definicją zawodu – ty tylko krytykujesz. Z drugiej strony ta kakofonia narracyjna, fanfaronada formy i kalectwo scenariuszowe jest widoczne z kosmosu i żadne znaki ostrzegawcze lub instrukcja obsługi po tym filmie, nie jest w ogóle potrzebna. Gejsza może podzielić widzów… na rozczarowanych lub wkurzonych, w zależności od naszej empatii wobec kina oraz wysokości ceny biletu. Nawet sympatycy bardzo złych filmów nie odnajdą niczego dla siebie, gdyż Gejsza nie ma świadomości swojej pokraczności. Nikt nie mruga tutaj okiem, tylko bezradnie wpatruje się w dal albo lepiej – próbuje nas wymanewrować poważną miną.

Gejsza się nie udała, a mi nie uda się tego ukryć (jak i twórcom). Zaskakujące jest jednak to, że ten wybryk i bankructwo sztuki, nie jest popełnione przez anonima, czy naczelnego kabotyna kina, a Radosława Markiewicza – autora takich obiecujących obrazów jak Raj za daleko czy "Matanoia".

Możemy zamknąć oczy i wycelować w dowolną część tego filmu, a i tak trafimy palcem najbardziej wątłego zawodnika. Fabuła jest pocięta, pełna nieregularności i chaosu, które w kontakcie z mocno zasygnalizowanymi inspiracjami kinem różnym – chociażby Nicolasa Windinga Refna – naprawdę wprowadza w poczucie zażenowania. Do tego dochodzi próba budowania metafizycznego i halucynogennego nastroju ograniczeniem dialogów do minimum. Jednak nie zawsze milczą ci, co mają w zanadrzu jakąś wielką mądrość i tajemnicę (i odwrotnie – nikt nie zawyrokuje po kinie Allena, że za dużo mówią ci, co w ogóle nie mają nic do powiedzenia). Tutaj pomysł nie wytrzymuje na wszystkich poziomach – jest naiwnie, niedojrzałe i toporne w swojej symbolice. Gejsza jest niczym próba zdruzgotania człowieka hasłem – świat jest niedobry. Szczerze? Porównywać to do przydługiej etiudy studentów Szkoły Filmowej mogłoby niektórych uczniów urazić.

Nie chcę stosować protekcjonalnego tonu. Po prostu wszystko tutaj fałszuje. Sensacyjny romans łamany na gangsterskie kino jest pełen defektów i błędów u podstaw – nie można odciąć się ani na chwilę od umowności. Wiarygodność emocji jest tutaj na poziomie przeciętnego tasiemca, a bohaterowie są nafaszerowani watą, nie mają pulsu i niemożliwym jest nawiązanie z nimi jakiejkolwiek komunikacji. Wszelkie intencje – pokazania może półświatka i pewnych problemów – kończy się tylko nadmierną zachowawczością i brakiem jakiegokolwiek temperamentu… o ile w ogóle się zaczyna. Prezentacja ogranicza się do kilku wyciętych i wklejonych nierówno scen zaczerpniętych z innych filmów, nie szukających wspólnego głosu czy sensu, o tezie nawet nie marząc. Gejsza jest filmem, który chce o czymś opowiedzieć, ale nie umie i jest w tym tak nieznośnie poważne. Przepraszam, to nie wygląda na przekręcanie zdań i błędy językowe – a na analfabetyzm filmowy.

Ocena: 2/10 (bo jestem Mariana Dziędziel team)