RECENZJA: Hardcore Henry

Ludzie lubią przemoc. Wiemy to od czasów niewinnego zasiadania przed telewizorem na „Śmiechu warte”, by łapać się za brzuch razem z Tadeuszem Drozdą, kiedy ktoś dostaje huśtawką w twarz. Terapeutyczną i relaksującą moc agresji widać w szalonych wynikach oglądalności takich projektów, jak Jackass chociażby i innych produktów, gdzie widz odreagowuje, nie brudząc własnych rąk i nie ryzykując konfliktu z prawem. Myślałam, że właśnie w tej celebracji zdrowotnych korzyści agresji, jest wyłącznie sens filmu Hardcore Henry. Jednak w rosyjsko-amerykańskiej produkcji jest coś więcej, to lekko psychopatyczne wyznanie w stronę kina, człowieka po spożyciu kreski i zrobieniu sobie zastrzyku z adrenaliny.

Jesteśmy oczami cyborga Henriego, który uratowany w wypadku, dostaje części ciała robota. Wraca na świat w niekorzystnych okolicznościach. Musi uratować swoją żonę i stwórcę, ale na drodze staje mu Akan – niezrównoważony, złakniony wielkości blondynek, który ma na siebie mało kreatywny pomysł – chce zawładnąć światem.

Boże jak o tym napisać, by oddać łobuzerstwo tego filmu. Wyobraźcie sobie, że dziesięciu skinheadów z Rosji budzi się w niewyjaśnionych okolicznościach ze zdolnościami reżyserskimi, operatorskimi, z niedużą ilością hajsu, ale głową pełną pomysłów i nostalgicznych wspomnień RoboCopa na VHS.

Hardcore Henry to film, który ma pełne kompetencje żeby zostać określanym odkrywcą w kinie. Wykorzystuje współczesne możliwości kina bez tępoty, bezczelności szukania wyłącznie zysków finansowych, kosztem strat wartości struktur filmowych. Ilya Naishuller niby tworzy nihilistyczną przygodę bez pasów bezpieczeństwa dla widzów uzależnionych od bodźców, browarów w trakcie seansów i gier komputerowych. Niby, bo w tej Pinie przemocy, pełnej rytmicznego zabijania jako sztuki czy układu tanecznego, udowadnia że mamy do czynienia z kinowym multiinstrumentalistą znającym podstawy filmu akcji.

Reżyser zapomina o śmiertelności i proponuje melanż ostateczny planu filmowego, ale pamięta o kinie przeszłości. Hardcore Henry mimo swojej efektowności, nie jest wyłącznie efekciarski, a zakochany w rozrywce i wierzy, że kino potrafi wysłać człowieka chociaż na chwilę w kosmos. Udowadnia nam, że Rosja to stan umysłu, szczypie się z legendami kina, mruga okiem do fanów Jamesa Bonda i Doktora Strangelove. Naishuller odrobił wiele lekcji filmowych i się narobił. Widać w Hardcore Henry pewną dbałość o intensywność i podtrzymywanie podwyższonej temperatury widza – żadnego zielonego tła, czy eleganckiego, dystyngowanego twórcy. Kręci tak, jakby nie miało być jutra.

Hadcore Henry będzie przede wszystkim reklamowany ze względu na pierwszoosobową narrację kamery – spojrzenie bohatera jest naszym spojrzeniem. Nie chodzi tutaj tylko o podlizywanie się fanom gier komputerowych, a o zaatakowanie strefy komfortu widza, który powstaje przez obserwację świata umownego. Film uzyskuje ironiczną walką o naturalizm (a mówimy o świecie, w którym jeden z bohaterów ma zdolności telekinezy, a drugi regularnie doładowuje sobie serce) przewagę nad kinem Sci-Fi. Od zawsze jest w kinie przyszłości i wizji pewne pożądanie wiary widza. Kino nieprawdziwe, chce być odczuwalne na pewnym poziomie jako prawdziwe. Tylko wtedy może dostać do się kardynalnych emocji widza – niepokoju, lęku – przeprowadzić hipnozę.

Wirtuozeria przemocy i (wręcz chwilami niepokojąca) fascynacja reżysera jak można zrobić jeszcze krzywdę, jest współczesną symfonią grozy do piosenki Queen. Jako estetka, ku własnemu zaskoczeniu, uważam ten film za estetyczny – reżyser zrobił spektakl przemocy. Na chwilę przestałam być pacyfistką. Młodzi gniewni tłustego futuryzmu.

Ocena: 7,5/10