RECENZJA: Królowa pustyni

Film, który zatapia się w wymuszonej podniosłości, staje się pokracznym kolosem, który trzęsie się na swoich kruchych nóżkach. Zastanawiałam się, dlaczego widownia z Cannes tak źle odebrała najnowszą produkcję Wernera Herzoga. Królowa pustyni jest nierówna, miejscami toporna i monumentalna, w której bohaterowie stają się jednowymiarowymi sługami fabuły niepotrafiącymi się odnaleźć w melodramatycznej tonacji.

Gertrude Bell (Nicole Kidman) nudzi się w brytyjskich pałacach. Nużą ją wystawne bale, nieciekawi mężczyźni i sztywne konwenanse. Jest zbyt mądrą i energiczna, aby spędzić całe swoje życie u boku polityka czy bankiera. To właśnie inteligencja staje się jej przekleństwem, które nie pozwoli biernie tkwić w wygodnej sytuacji. Ciągnie ją w odległe krainy, chce poznawać ludzi i ich kulturę, a ponieważ jest bezkompromisowa, potrafi postawić na swoim. Bell to intrygująca postać, która wprawnie potrafi wyważyć wyniosłość i delikatność angielskiej damy ze zdecydowaniem negocjatora w spódnicy. Doskonale odnalazła się wśród arabskich plemion potrafiła z nimi rozmawiać i stawiać warunki, dzięki czemu przysłużyła się w niełatwych rozmowach o wyznaczaniu linii demarkacyjnych.

Kidman nieraz udowodniła, że dobrze spełnia się w roli posągowych dam. Jej elegancja i wyrafinowanie pięknie portretują się na dworach czy, w tym wypadku, wystawnych ambasadach, ale tym razem aktorka otrzymała nierównego partnera w postaci scenariusza. Pierwsza część opowieści to melodramat – przydługi w formie i bez elektryzującej chemii. Młoda dziewczyna (Kidman gra tutaj dwudziestolatkę!) poznaje miłość swojego życia, tonącego w długach pracownika brytyjskiej ambasady w Teheranie. Henry Cadogan (James Franco) wprowadza ją w świat pustynnych wojaży, odkrywa przed nią tajemnice odległego świata i staje się przyczyną podejmowanych przez nią decyzji o dalekich wyprawach.

Królowa pustyni kuleje w momentach miłosnych, nie do końca odnajduje równowagę między podniosłą powagą a zwyczajnością dnia codziennego. Herzog ma doświadczenie w opowieściach o indywidualistach, jednostkach w drodze, które stają się wiwisekcją ich lęków i poszukiwań. Tutaj zabrakło psychologicznego pogłębienia i wielowymiarowego spojrzenia na barwną postać, jaką musiała być Bell. Kobieta, która bez zahamowań odkrywała zakątki Bliskiego Wschodu, podróżniczka, archeolożka, pisarka, staje się poprawną figurą na tle pustynnego piasku.

Sporym atutem przedstawionej opowieści są zdjęcia Petera Zeitlingera. Lekko przykurzone, zatopione w ciepłej kolorystyce cudownie oddają ducha Bliskiego Wschodu. Operator z wprawą ustawia światło tak, że niemal pięćdziesięcioletnia gwiazda wygląda młodo i świeżo, z dziewczyńską delikatnością.

Choć Królowa pustyni mogła połączyć w sobie wiele skrajności, stać się nie tylko portretem wielkiej osobowości, ale również przedstawieniem kultury Lewantu i plemiennych zachowań, z dużą nieudolnością popadła w odmęty romansu. Trudno zachwycić się kobietą w podróży, która nie niesie w sobie żadnej głębi i opiera się na papierowym koncepcie utraconej miłości determinującej całe jej przyszłe życie.

Ocena: 4/10