RECENZJA: Bulwar

Jedyny problem z Robinem Williamsem jest taki… że już go z nami nie ma. Jego ostatnim ekranowym wcieleniem, pożegnaniem ze światem ekranowym i tym prawdziwym jest film Bulwar. Bulwar zachodzącego słońca dla Robina Williamsa i nie za dużo więcej niestety. Na szczęście, kultowych ról ciepły geniusz zagrał wystarczająco, by go nie kojarzyć z tą wyłącznie. Ciężko jest jednak znaleźć więcej powodów na przypominanie o premierze tego filmu, niż jako ostatnim akcie wielkiej postaci i jednej z wielu historii o przekleństwach niewinności.

Dojrzałe małżeństwo odstawia przed samym sobą i całym światem ten sam cyrk dnia codziennego – pełen uprzejmości i ceregieli dzień świstaka. Nolan pracuje w jednej firmie od 26 lat, bez dnia urlopu, Joy zapomina kupić wino na kolacje i marzy o wycieczce parostatkiem. Dzielą życie, chociaż dzieli ich coraz więcej. Dzielą życie, ale bardziej z przyzwyczajenia, niż z potrzeby. Śpią oddzielnie, marzą oddzielnie. Punktem zwrotnym będzie pojawienie się Leo – młodego chłopka, którego Nolan napotyka na jednej z ulic. Chłopak utrzymuje się z męskiej prostytucji, Nolan korzysta z jego usług ale zupełnie inaczej niż byśmy się spodziewali. Płaci mu za rozmowę, uwagę, dotlenienie w życiu. Bo tym się staje Leo – szansą na inny poranek niż ten powtarzany od kilkudziesięciu lat. Jego postać jest tylko pewnym punktem zwrotnym, objawem lawiny, a nie jej powodem.

Film opowiada o szarpaninie. Jego z przyzwyczajeniami, z grafikiem z którym z powodu bezradności i braku odwagi zrósł się wiele lat temu. Młodego człowieka z marzeniami, a determinantami bagażu doświadczeń z dzieciństwa, które uciskają część mózgu odpowiedzialną za odwagę. W końcu z szarpaniną jej, bierną postacią w życiu jego ale i swoim.

W Bulwarze nie ma właściwie odkrywania nowych lądów, ale kolejna oswojona lekcja z lęku życia nie zaszkodzi. To mądre, niespieszne i rozsądnie zbudowane kino łapiące moment cmoknięcia w życiu – niekrzyczące, czy awanturujące się. To ten nurt kina co nie rezerwuje debiutów, przewrotów i rewolucji dla młodej krwi i pokazuje zmiany jako coś więcej, niż kryzys wieku średniego. To dekonstrukcja mitu, który dla kogoś był całym światem.

Jest w tym filmie jedno mocno wwiercające się w człowieku uczucie, mimo wszystkich przeciętności tej projekcji – rozczarowania. Ale nie nasze filmem, a bohaterów życiem. Zagapił się, wpadł w hipnozę dnia codziennego, zanikł mu głos, zarosła odwaga, a tożsamość pokrył kurz. Proza życia zakleszczyła go, odcięła dopływ powietrza. To trójkąt, w którym każdy bok chce zmienić swoje obecne położenie.

Jest w tym filmie szczerość i bezpretensjonalność. Bez wybuchów i awantur. Zazwyczaj kiedy twój świat się rozpada, to reszta ludzkości przecież nawet nie drgnie. Jest też ciepło nadziei, ale nie takiej z solarium, a nieśmiało wychylającego się słońca. Może bohater grany przez Robina musiał długo czekać na bulwar wschodzącego słońca. Nieważne, jak ta narracja robi harmider w połączeniu z Williamsem i okolicznościami pozafilmowymi. Ważne, że jego bohater znowu w magiczny sposób skraca dystans pomiędzy swoim uczuciami, a widza. Bo kreacje jego filmowego tak już mają – do nas się przysiadają.

Ocena: 6,5/10