RECENZJA: Niebo na ziemi

Jak wiele porażek, upadków i upokorzeń może znieść jeden człowiek? Jak bardzo można nękać człowieka ze względu na płeć, kolor włosów czy przeszłe doświadczenia? Szwedzka mała społeczność nie zapomina i nie wybacza, a już na pewno nienawidzi tych, którym w życiu powodzi się lepiej. Zazdrość, zawiść i brak tolerancji stają się tłem do opowieści o młodej niezależnej kobiety, która wbrew wszystkiemu stawia czoła przeciwnościom. Niebo na ziemi? Raczej piekielne męki upadania i wstawania, ale właśnie droga do szczęścia prowadzi przez cierpienie.

Niebo na ziemi stoi w rozkroku pomiędzy komedią a zaangażowanym dramatem, który od czasu do czasu przyjmuje społeczne zabarwienie. Wiele się dzieje w filmie Kay Pollak. Mamy samotną matkę, traumę z przeszłości, alkoholizm, rewolucję w lokalnym kościele i zarys komedii romantycznej. Tematyczne rozpasanie nie pozwala traktować bohaterów w pełni poważnie. Za dużo wątków, które popadają w nachalną groteskę. Dostajemy slapstickowe upadki, humor słowny, schematyczny podział osobowości w małomiasteczkowej społeczności, kryzys wiary i problemy współczesnego kościoła z przyciągnięciem wiernych.

Lena (Frida Hallgren) niesie cały ciężar opowieści na swoich barkach. Jest niczym Chrystus (tak, to nie jest nadużycie), który upada pod ciężarem krzyża, ale ma w sobie niesamowite pokłady determinacji, aby się podnieść i kontynuować wędrówkę. Piękna i samotna kobieta nie spotyka się z akceptacją społeczeństwa, które uwierają jej ambicje, tupet i niewyparzony język. A już szczególnie wtedy, kiedy zaczyna się mieszać w sprawy kościoła, pomagając wyjść pastorowi (Niklas Falk) z alkoholizmu i ściągnąć rzesze wiernych na niedzielne msze.

Niebo na ziemi pokazuje, że muzyka i wspólny cel może połączyć ludzi. A łapanie radosnych chwil niesie w sobie większą moc niż codzienne umartwianie się i życie w poczuciu winy bycia grzesznikiem. Lena ma pozytywne nastawienie do życia i potrafi je przekazywać innym. Główna bohaterka jest największym atutem opowieści, choć wydaje się być kreowana na święta, to nie przywdziewa worka pokutnego. Mimo wszystko film Pollaka razi wydumaną baśniowością, schematycznymi bohaterami i przerysowaniem zachowań.

Na ekranie bardzo dużo się dzieje, lecz nie odbija się to pozytywnie na fabule. Zbyt duże ambicje, zmuszają reżysera do uproszczeń, skrótów myślowych i emocjonalnego rozpasania. Niebo na ziemi jest wszystkim po trochu i brakuje mu spójności. Grunt, że bohaterowie odnajdują szczęście w tym chaosie, a sam Jezus schodzi z krzyża, aby współbiesiadować z roześmianymi ludźmi. Uśmiech i optymizm potrafi zatrzeć wszelkie smutki. Szkoda, że Pollack nie zapanował nad tym pochodem, rozszalałych w swych emocjach, postaci.

Ocena: 4/10