RECENZJA: Wszyscy albo nikt

Iran. 1955 rok. W kraju władzę sprawuje egoistyczny szach, a obywatele znajdują się na skraju rewolucji. Kheiron zabiera nas na rodzinną wyprawę w walce o marzenia, rozwój i narodową solidarność. Trudno uwierzyć w niektóre fabularne rozwiązania, ludzkie charaktery czy osiągnięte sukcesy, ale pojawiające się na końcu zdjęcia i ich słowne uzupełnienie w całości rozwiewają wątpliwości. Ta humanistyczna walka o siebie i drugiego człowieka wydarzyła się naprawdę.

Wszyscy albo nikt porusza fundamentalne pytania o wolność w swoim kraju, solidarność, indywidualizm i działanie grupowe. Przedstawia nienachlane poszukiwanie definicja społeczeństwa oraz tęsknotę za już dawno porzuconym życiem we wspólnocie. Kheiron bogactwem tematycznym dosięga również żywego problemu emigracji oraz międzykulturowy osiedli gdzieś na obrzeżach wielkomiejskiego przepychu i radości. I choć film ten po kolana brodzi w błocie niezrozumienia i trudnych życiowych decyzji, z niesamowitą lekkością i uśmiechem opowiada o fundamentalnym pragnieniu bycia szczęśliwym człowiekiem.

Reżyser przedstawia rodzinną historię. Jego ojciec pochodził z wielodzietnej rodziny, która całe swoje życie wiodła w Iranie. Hibat (Kheiron) zaangażował się w działania polityczne, manifestował na rzecz obalenia szacha i ostatecznie trafił do więzienia. Po latach odsiadki i licznych perturbacjach, ożenił się, ale nie porzucił swoich poglądów i społecznego zaangażowania. Zmuszony do ukrywania się i walki o rodzinę, wyrusza do Turcji, a ostatecznie ląduje we Francji. Tam też rozpoczyna nieco bardziej stabilne życie i działalność na rzecz multikulturowej społeczności osiedla, które zamieszkuje.

Wszyscy albo nikt pokazuje, iż w grupie tkwi siła, ale przewrotnie udowadnia, że do zapanowania ładu i harmonii niezbędna jest charyzmatyczna jednostka. Co więcej, choć główny bohater jest mężczyzną, to kobieta odgrywa decydującą role. Kheironowi daleko od feministycznego zacięcia, ale doskonale pokazuje, jak szyja precyzyjnie potrafi kręcić głową rodziny, aby osiągnąć wspólny sukces. Jeden z bohaterów mówi nawet, że w więzieniu nie bał się szacha, ale poza nim, ze strachu, woli się podporządkować Fereshteh (Leila Bekhti), żonie Hibata. Pomimo że pochodzą oni z dość restrykcyjnego świata, nie popadają w schematy płciowe i z góry narzucone role społeczne.

Już dawno na ekranach nie było tak roześmianych postaci, które w sytuacjach raczej skłaniających do łez i smutku odnajdują promyk nadziei i uśmiechu. Kheiron wpisuje się w ten sposób w serię francuskich filmów o emigrantach, które bawią, ale jednocześnie niosą w sobie ekumeniczne przesłanie. Plasuje się w ten sposób w tej samej lidze co Nietykalni i Samba Oliviera Nakache i Erica Toledano czy Za jakie grzechy, dobry Boże? Philippe de Chauveron. Wszyscy albo nikt porusza, dzięki dobrej i wciągającej ludzkiej historii wynikającej z rodzinnego sentymentu. Dużym atutem jest fakt, że syn nie tworzy pomnika ojcu, ale rysuje wspomnieniowy portret zwykłego człowieka.

Ocena: 7/10