WIOSNA FILMÓW: Kwiat wiśni i czerwona fasola

Nie ukrywam. Ja i kino azjatyckie to burzliwy związek, ale z większą ilością konfliktów niż romantycznych epizodów. Nasza toksyczna relacja wynika z poróżnienia się na wielu płaszczyznach komunikacyjnych – żadne kopanie, wielogodzinne rytuały, zestresowana codzienność i spięta symbolika, nie wprowadzają mnie w międzykulturowy flirt . Ich mocno ekscentryczna orbita nie wydaje się mi gościnna. Nawraca mnie film Kwiat wiśni i czerwona fasola, która ma tak naprawdę prosty tytuł An. To jest clue metody – prosto o rzeczach nieprostych.

Jedna z wielu piekarni serwująca dorayaki to nasze centrum akcji, bardziej interakcji. Nawet jeżeli przed seansem nasza wiedza o gastronomii azjatyckiej jest ujemna, na nasze doświadczenie kinowe mieć to znaczenia nie będzie. Ten placek przekładany pastą ze słodkiej fasoli jest tylko pretekstem do opowiedzenia kołyszącej i hipnotyzującej, niczym drzewa wiśniowe, noweli filozoficznej.

Właściciel piekarni wykonuje i traktuje swoją pracę bardzo automatycznie, krzywdząc te miejsce i kulturę przyrządzania posiłków, każdego dnia. Azja to nie tylko znane nam chińskie żarcie na każdej ulicy w stolicy – to rytuał – który jak film, podziela los dinozaurów. Jedną z ostatnich walecznych o atrakcyjne wczoraj jest Tokue – starsza pani, która próbuje się zatrudnić u Sentaro. Jej wiek i schorowane ręce z początku go nie przekonują, jednak kiedy spróbuje jej pasty od razu zostanie jej szefem… ale tylko oficjalnie i teoretycznie.

An w tak małej piekarni znajduje tak wiele miejsca na filozofowanie o przemijaniu, odpowiedzialności, zatraconym kojarzeniu życia z prawdziwą radością, ślinieniu się na zwykłość. Tokue uczy Sentaro, by zaprzestał korzystania z bluźnierczej pasty fasolowej produkowanej w hurtowej ilości, ale nie tylko. W każdym kolejny zdaniu z przepisu na posiłek, jest przepis na życie.

To nie jest produkcja o umiłowaniu slow food, mimo że poznaniu receptury i całemu procesowi powstawania pasty fasolowej poświęca się dużo czasu i jeszcze więcej niesamowicie esencjonalnych ujęć. Filmowi chodzi o slow life. Ceremonialność życia charakterystyczna dla ich kultury, we mnie – barbarzyńsko traktującym zwyczajność, z przepaloną cierpliwością, europejczyku- budzi zazdrość. An wyjaśnia też sens eliminowania pośpiechu. Na przekroczonej szybkości tylko techniczne zobaczysz więcej -skatalogujesz a nie przeżyjesz.

Na początku budzi się w nas chęć skosztowania pasty, którą przygotowuje się przed wschodem słońca, a jej autorka bez skrępowania rozmawia ze składnikami. Z każdą minutą natomiast chcemy skosztować też takiego życia – wolniejszego, mądrzejszego, pełniejszego w medytację, niż szybkie reakcje. Jednak nie mylmy tego z komfortem i unikiem – by do tej mądrości dotrzeć nasza bohaterka musiała wiele wycierpieć. Dlatego też subtelnie zostaje zaangażowany wątek wykluczenia pewnych grup społecznych – trędowatych w przenośni, ale i dosłownie. Każdy z naszych bohaterów jest traktowany jak odszczepieniec.

W tym traktacie o robieniu fasoli (parafrazując tytuł jednej z książek wspaniałego Tadeusza Myśliwskiego) jest mnóstwo nostalgii i melancholii, która tylko tylko dopina świetną rytmikę poetyckiego utworu o trudnym procesie otwierania się na drugiego człowieka.

Film działa jak babie lato, kołysze i hipnotyzuje. Jednocześnie An pozwala oddychać swobodniej, ale nie przez ucieczkę od życia tylko wręcz przeciwnie – konfrontacje z przeszłością i posiniaczonym zaufaniem innemu człowiekowi. Mimo tak ogromnej odległości kulturowej i fizycznej, chce się z tym filmem usiąść i słuchać, bo dodaje otuchy i opowiada o emocjach bez potrzeby ich nazywania.

Ocena: 8/10