RECENZJA: Pycha

Filmów oswajających śmierć nigdy za wiele. Pycha jest przykładem kina, gdzie rozstanie się ze światem i komedia tkwią w namiętnym uścisku, nie stąpają sobie po palcach i rytmicznie bujają się do anegdoty o życiu jako wartości nadrzędnej. Sprawy ostateczne wcale takimi nie są.

Jedność czasu, miejsca i akcji. Inicjatorem i głównym odpowiedzialnym za wszelkie rozróby w filmie będzie David, który wraca do własnoręcznie zaprojektowanego hotelu, po kilkunastu latach, by życie domknęło swój krąg. Charakter naszego bohatera, mało widowiskowe życie i brak ekspresji, nie pozwalają mu na popełnienie samobójstwa. Z racji, że miejscem akcji jest Francja nie musi się on uciekać do podstępnych i nielegalnych środków, a wystarczy zgłosić się do odpowiedniej kliniki w celu umówienia „zabiegu”. Wszystko jednak nie pójdzie tak podręcznikowo, gdyż sytuacja mimo wszystko nie jest codzienna, a i niektórzy świadkowie nie będą przychylni pomysłowi Davida.

W bardzo smutnym akcie Lionel Baier odnajduje pokłady humoru, wręcz groteskowego żartu. Nie robi tego z powodu nonszalancji, niedojrzałości, czy wytworzenia dystansu i wykorzystania tematu śmierci na swoje formalne, niezobowiązanie brykanie filmowe. Absurd, irracjonalizm i humor sytuacyjny pozwala oswoić piekielnie trudny temat, bo nie dość że Pycha jest o śmierci, to o śmierci na żądanie. A naprawdę bezpośrednia narracja, bliskość wobec bohatera i mocno niepoprawne dialogi nie tworzą eufemizmów, a pokazują bez dramaturgii prawdziwy dramat – kiedy człowiek nie potrafi znaleźć powodu do życia.

Pycha to idealne określenie wartości filmu. Kameralna refleksja, że nigdy nie jest tak beznadziejne jak nam się wydaje, jest pysznie rozegrana. Nie jest to filmowa dopamina podana w formie naiwnego wykładu coachingowego, czy kolorowych pigułek. Film wypatruje kolorów (jak chociażby symboliczna czerwona czapka wyróżniająca się w szarościach stroju głównego bohatera) będąc lojalnym wobec rzeczywistości – oczywiście z lekka mrugając do niej okiem.

Pycha to też określenie naszego głównego bohatera. Zamiast borykać się ze swoją chorobą nowotworową, gdzie szanse na przeżycie dalej istnieją, woli godnie zakończyć swoje życie. Mimo, że historia odgrywa się na małej przestrzeni, jej tempo jest ogromne. Dochodzimy do wielu wniosków, między innymi, że to wcale nie o godność, a przewagę i pychę chodzi – by być tym mądrzejszym od losu i nie być zależnym od nikogo.

Energią filmu sprawiającą, że dość ryzykowny na cały metraż koncept na traci na impecie, są nasi bohaterowie. Ciężko uwierzyć, że ich drogi się przecięły. Nasz dysfunkcyjny trójkąt, to wycofany i nieszczęśliwy David, mająca mu podać śmiertelną truciznę Esperanza oraz niechcący-chcący wplątany w sytuację młody chłopak Treplev. Każde z nich jest tutaj z innych powodów, każde z nich patrzy na sprawę zupełnie inaczej, każde z nich ma pewien bagaż życiowy.

Pycha to urocza i inteligentna komedia omyłek, która w rytmie C.R.A.Z.Y, dodając od siebie tony groteskowe, chce oswoić i znaleźć wartość we wszystkim co niedopasowane. Parafrazując Churchilla, skoro wszyscy jesteśmy robakami, to czemu by nie pomyśleć o sobie jako tym świętojańskim?

Nasza ocena: 7/10