RECENZJA: Bone Tomahawk

W kinie jest trochę inaczej, niż na wystawach zwierząt. Film nie musi być rasowy. Bone Tomahawk jest takim mieszańcem. Jego niesubordynacja gatunkowa może skraść serce… albo wprowadzić je tylko w chwilowe palpitacje.

Wszystko zaczyna się w poprawnej westernowej stylistyce i narracji. Chociaż samo miasteczko nie wydaje nam się eksplozją namiętności i przemocy, charakterystycznej dla kina tego gatunku. Nasze miejsce akcji, chociaż celnej by było – punkt wyjścia do niej, szatnia przed meczem – znacząco nazywa się Bright Hope. Rozleniwiony dziki zachód, jak gdyby nie w sezonie. Jedna z wielu scen w opustoszałej knajpie, gdzie by dostać piosenkę trzeba ocucić pijanego muzyka, będzie jak domino o wiele większych konsekwencjach, niż byśmy zakładali. Pojawia się tajemniczy nieznajomy, chociaż my wiemy z otwierającej sceny, że ten intruz nie jest nieszkodliwy. Nasz szeryf przy nielicznie zamieszkanej mieścinie (tak to zostało rozrysowane) nie zignoruje tej niepokojącej obecności. Może nie ma w tym prędkości i atrakcyjności budowania napięcia Tarantino… na pewno nie ma. Jednak tutaj podobnie tempo z zaspanymi oczami, otworzy je szerzej, przez jeden strzał w stopę – to u szeryfa sygnał ostrzegawczy. Kto marnowałby naboje na strzały w niebo? Western to utwór awanturniczy, a Bone Tomahawk o tym wie.

Bone Tomahawk od początku polemizuje ze światem westernu stawiając tezę, że tam wcale nie strzela się w samo południe, a parzy herbatę. Nie prowadzi się też nieustannie wielkich i przejmujących przemów o dominacji białego człowieka, a gorączka złota nie wprowadza nikogo w gorączkę. Jest potrzeba dzikich plemion, przedstawionych tutaj wręcz jak postaci fantastyczne, by doświadczyć jakiejś przygody. Dziki zachód to tutaj wypalony zachód.

Po pewnych turbulencjach nasza fantastyczna czwórka wyrusza z akcją ratunkową, by odbić porwaną przez troglodytów żonę jednego z mieszkańców. Niby drapieżność i charakter tej wielodniowej wycieczki jest porównywalny do nudnych spacerów Bilbo Bagginsa z Hobbita (wybaczcie). Jednak podróż tutaj nie jest pauzą, a gawędziarskie, pełne innych charakterków towarzystwo, kołysze widza i trochę usypia jego czujność. Daleko im do kempingowej atmosfery, czy obozu harcerskiego. Jest to raczej moment dla widza na rozwiązanie krzyżówek charakteru każdego bohatera, by wiedzieć komu kibicować, a komu nie. Żeby ich rany na widza jakoś działały, a nie były jednym z wielu aktów przemocy nieznanej postaci.

Bone Tomahawk ma wiele motywów lojalnych wobec gatunku, ale zrywa się ze smyczy. Niby nasz szeryf jest odważny, ale do prawości i szlachetności jest mu bardzo daleko. Nasz główny bohater, mąż porwanej kobiety, zamiast z dumnie wypiętą piersią gnać na rumaku, spowalnia podróż i ledwo się porusza ze swoją zranioną nogą. Nawet zrośnięty z westernem wątek Indian i rozliczenia, skręca w trochę innym kierunku. Nasz zastępca szeryfa prócz tego, że mówi za dużo, wykazuje cechy pacyfisty. Bliżej mu do dzieci kwiatów, niż wilków stepowych.

Oczywiście, mamy damę w opresji, dobrych, złych i brzydkich, ale warto dopisać jeszcze – niezrównoważonych. To jest bezczelny, niebezpieczny i naprawdę kwalifikujący się do obserwacji na oddziale psychiatrycznym, film o najdzikszych zachodzie – fantastycznie sowizdrzalski. Dosyć umownie traktujące przemoc, kpiące sobie z męskiej siły i szydercze wobec porządku fabularnego, punkowe kino. To Bad trip – co by było jakby Clint Eastwood i Tarantino zarzucili trochę kwasu.

Debiutant ma sporo do powiedzenia, chociaż czasami jest zdezorientowany. Ten epizodyczny chaos sprawia, że zdarza mu się zaciągnąć swoich bohaterów na tereny kiczu i wątpliwie czytelnego absurdu. Rzadko piszę wyświechtaną formułkę – dla kogo jest to film – ale tutaj niezbędne jest zapoznanie się z treścią ulotki. Bone Tomahawk jest dla wyluzowanych graczy, którzy nie poszukują w każdej produkcji metafizyki i intelektualnych ciężarków.

Ocena: 7/10