WIOSNA FILMÓW: Belgica

I żyli długo i szczęśliwie w rock and rollowej rodzinie. Ileż to już mieliśmy produkcji, które beatyfikują dekadenckie życie, gdzie rock staje się nie tylko gatunkiem muzycznym, ale ludzkim…. i w ogóle wszyscy jesteśmy nieśmiertelni? Belgica nie zaprzecza, narracją protagonisty, atrakcjom związanym z hałasowaniem, ale pokazuje że piekło i hedonizm mogą strasznie spowszednieć.

Wszystko zaczyna się od nadrabiania zaległości pomiędzy dwójką braci, których charaktery są bardzo od siebie odległe. Jeden otworzył pub, drugi zaangażował się w rodzinę. W pewnym momencie weekendowe wypady na wspólne piwko, nie wystarczą. Tom zaczyna niewinnie pomagać bratu w knajpie i w całej swojej niezdarności nalewania gościom, uświadamia sobie że stara miłość nie rdzewieje – tym bardziej jeżeli łączy się z pożądaniem rock and rolla. Razem planują z energią i entuzjazmem zrobić z usychającego pubu Belgica, nową jakość i legendę na imprezowej mapie Belgii.

Karuzela niekończącej się pracy wyglądającej mocno bliźniaczo z zabawą, jednak w pewnym momencie spowoduje mdłości. Oczywiście, nie u naszego Toma, który jest w amoku i zaczyna traktować lokal nie jak wyzwanie zawodowe, a schron przed dorosłością i odpowiedzialnością. Odrabia tu swoje zaległe ucieczki i obsadza się w roli Piotrusia Pana. Reżyser nie bez powodu buduje fabułę tak, by rozrabianie Toma wypadło karykaturalnie i prowadziło bardziej do naszej irytacji, niż zazdrości.

Reżyser znowu odmitologizuje nijaką dla większości z nas Belgię, a już na pewno niekojarzoną z zagłębiem klubowym. Przyspieszone tętno, całonocne imprezy i życie "mam wszystko w nosie, ale najwięcej kokainy", to tożsamość innych miejsc. Ta laurka Belgii to jednak niebezkrytyczny zachwyt, a jeden z pierwszych i ostatnich tropów znajdujący się we wspólnym zbiorze twórczości reżysera. W Belgice nie mamy związku, który splata się dzięki muzyce – tutaj powstają przez nią supły. Może dlatego że miłość do muzyki wydaje się chwilami tylko pretekstem do stworzenia placu zabaw dla swojej niedojrzałości i destrukcyjnej natury Toma. Pierwszy film był emocjonalną bezpośredniością i bez uprzedzenia nurkował po nerwy, trochę spontanicznie, bez kalkulacji. Tutaj jednak intuicyjne podążanie za bohaterami i zapis ich kardiologii zostaje zwielokrotniony o gorzką refleksję i obecność opozycji. Szczerość pozostała, ale uzyskała większą wartość dodatnią dla filmu, przez obecność postawy krytycznej wobec postaci. Nasze bohaterki mogą mieć chłopaków pracujących w lokalu, ale nie partnerów, jednak im samym do stabilności sporo brakuje. Nie wszyscy traktują knajpę jako sposób na życie, a raczej jako niepokorną przygodę z terminem ważności.

No właśnie, w tym podejściu do życia jako anegdoty, upatruję pewnej nieznośnej lekkości historii, która do lekkich należeć nie powinna. Przecież na tory rozrywki z konsekwencjami wprowadza nas sam autor! Belgica też zgrzyta w zbyt dużej litości wobec bohatera. W pewnym momencie reżyser trochę się wycofuje, jak gdyby wystraszyło go, gdzie zabrnął z destrukcją naszego Toma. Kolejnym przewinieniem, w którym nie udaje się Belgice kontynuować emocjonalnej bezpośredniości to rozczłonkowany bohater i próba panowania nad kilkoma życiorysami i wątkami jednocześnie. Ta rozrzutność zuboża film o spory ładunek intymności.

Wszystkie konflikty wewnętrzne w filmie nie rozgrywają się w pretensjonalnym układzie – tak lub nie – ale pojawia się wahanie i otwarte pytania o obieranie kierunku życia. Belgica też punktuje przyzwoleniem na dezorientacje swoich postaci. W tej nieuroczej, chwilami onirycznej wizji, jest miejsce na naturalizm i pytania o priorytety oraz ich uniwersalność. Niestety, jednak Belgica to często dobrze udźwiękowiona tragedia, która brzmi za bardzo znajomo – Powtórka z nierozrywki. Codzienność i humanizm tego obrazu działa na rzeczywisty kontakt z widzem, jednak traktuje się to wszystko zbyt niezobowiązująco. Daleko tutaj do sensu życia wg Felixa Van Groeningena., ale blisko do kolejnej udanej słodko-gorzkiej historii o micie rockandrollowców.

Ocena: 6/10