RECENZJA: Nasza Młodsza Siostra

Chyba pogłoski o moim konflikcie i ciąganiu się za włosy z kinem azjatyckim są już nieaktualne. Kolejnym prawdziwkiem terapeutycznym z Japonii jest kołysząca i kojąca Nasza Młodsza Siostra. Codzienność pokazana w filmie nie unika praw fizyki, jednocześnie odnajduje w sobie mnóstwo metafizyki.

Trzy siostry, bardzo zżyte, ale zróżnicowane niczym atomówki z cartoonowskiej bajki, dowiadują się o śmierci swojego ojca. Nie żyją z rodzicami od dawna, musiały wydorośleć na skróty, z różnym efektem. Podczas podróży na pogrzeb poznają swoją przyrodnią siostrę i bez chwili wahania zaproponują jej wspólne życie – robienie wina śliwkowego, przebieranki, pierwsze miłości i siostrzane przepychanki – ale to będzie coś więcej niż zabawa w dom.

Film wprowadza w hipnozę prozą życia, bez żadnych skoków w bok. To naturalne, codzienne rytuały są tutaj opowiadane z taką soczystością i namiętnością, ale nie jako znaki przestankowe wartkiej akcji, a jej epicentrum. Skupiają naszą uwagę, bo są mocno impregnowane refleksją i kontemplacyjnym czarem. Bardzo szybko przestajemy zauważać, że od dwóch godzin oglądamy powtarzalne czynności. Rutyna dosiada się nas tak blisko, że łapiemy ją za rękę i siedzimy w ciszy – bez zniecierpliwienia. Dokładnie czytamy i odnajdujemy znaki szczególne w tej nieumalowanej i rzadko zdradzającej słabość twarzy.

Oczywiście, gdyby Nasza młodsza siostra stworzyła narrację wyłącznie w charakterze albumu z życia, bez didaskaliów, a od linijki cytowała siostrzane wybryki, to zamiast wprowadzenie w hipnozę byłoby to wprowadzenie w błąd i zbiór widokówek. Na tym chropowatym i tylko czasami gładkim terytorium, mamy plac nie zabaw, a niuansów relacji. Siostry przeciągają linę, mikro wybuchy, mają makro konsekwencje. Niesłusznie byłoby myśleć, że emocje są tutaj wystudzone, a pruderia japońskiej kultury nie dopuszcza nas do układu nerwowego. Wręcz przeciwnie, w filmie jest mnóstwo spontaniczności, kobiecej witalności, która często wchodzi w konflikt z kulturą jednej miny i oszczędności. Dlatego też, mimo mocno japońskiej narracji oszczędności, upatruję pewną polemikę reżysera – pewne oznaki zmęczenia i niezadowolenia z surowości kultury i jej szkodliwego działanie na życie kobiety.

Czujność widza wzrasta. Wielkie rewolucje nie muszą być głośne, by były ważne. Nikt nie drażni ostentacyjnie czujnika emocji, a nieustannie i delikatnie go stymuluje. Pojawia się gra wstępna z zainteresowaniem widza. Film przyzwyczaja do siebie i oswaja w sposób niespieszny – ale jakże zobowiązujący. To nic, że dziewczynki są ze sobą splecione i większość czynności wykonują razem – to oddzielne organizmy, inne charaktery i substancje o różnych składach.

W trans i zaskakująco szybką adaptację na obcym terenie wprowadza nas utulony ekscentryzm i intymność tematu (kamera też daje sobie spokój z pejzażami, a zachwyca się szczegółem w człowieku) – kto z nas w tych przetasowaniach, w jednej z wielu rodzin, w jednym z wielu domów, nie zauważy siebie. Reżyser przerabia terapię schematów, role przyjmowane w rodzinie i wiele modeli psychologicznego adaptowania się w sytuacjach ekstremalnych. To odrobiona lekcja z analityki, ale zaprezentowana nie jako wykład naukowy, czy laboratoryjny, z tłem obyczajowym – a jak bliski utwór wierszowany o trudach bliskości. Nasza Młodsza Siostra to wygodny i bezpieczny, ale nie rozleniwiający traktat o codzienności.

Ocena: 8/10