RECENZJA: Dzień matki

Robienie kina okolicznościowego, trochę podporządkowanego pewnym datom w kalendarzu, to bieg przełajowy – najgorsze że z ukrytymi przeszkodami i wieloma pokusami. Można niechcący zaszantażować emocjonalnie, rozleniwić się po drodze i skorzystać z wiedzy, że sentymentalizm to często środek mocno halucynogenny. Dzień matki prawie skutecznie unika takich wpadek. Jest prosty już od tytułu, ale nie obija się ani nie odbija od znanych strategii. To feel good movie, co do wszystkich o wszystkich mówi.

Mamy kilka bardziej lub mniej paralelnych historii, gdzie klamrą jest refleksja o macierzyństwie i rodzinie w ogóle. Jedne życiorysy się przecinają wcześniej, drugie później, inne – na szczęście w ogóle. Mimo bohatera rozproszonego, uwaga reżysera przy żadnym z nich się nie rozprasza. Mamy Sandy, która komunikuje się nieustannie ze swoim byłym mężem, ale też trochę za często z samą sobą. Wraz z dwójką synów próbują grać zespołowo w rodzinę patchworkową. Obok mamy latający cyrk rodziny Jesse, której komunikacja z rodzicami wychodzi najlepiej, kiedy w ogóle nie następuje. Im mniej wiedzą, tym lepiej śpią. Jesse ma męża Hindusa, a jej siostra narzeczonego Steve, który tak naprawdę jest kobietą i ma adoptowanego synka. Jakby było nam mało katastrofizmu czasami kontrolowanego, to jest jeszcze Bradley, którego żona zginęła rok temu na misji, a on ma przed sobą nowe zadanie zaopiekowania się dwoma dorastającym córkami. Nie zapominajmy też o pełnej uroku Mirandzie, która uśmiecha się do tysiąca fanów całą dobę, zapominając o prywatnym życiu albo w ogóle go sobie odmawiając. Nasi bohaterowie nie zawsze mają wdzięk, jednak Dzień Matki sam w sobie ma niewątpliwy.

Oczywiście, w tej całej rejestracji smutków i radości rodzinnych piekiełek, jest pewna umowność i niewinność. Nikt tutaj nie aspiruje do niefiltrowanej rzeczywistości. Autor jest świadomy że pisze laurkę dla życia, a nie naganę. Dzień Matki jednak umiejętnie czerpie z krzepiących, nawet jeżeli momentami skrzypiących w realizmie, filmów z temperaturą Love Actually czy About Time. Komedyjka też nieustannie eksponuje czarujące rzemiosło Marshalla odpowiedzialnego chociażby za kultowy Pretty woman. Film wie o czym opowiada, nawet jeżeli trochę zmyśla historie, a bardziej mu chodzi o seans przytulania niż poważnego opowiadania – fachowa prostota, z rozczulania lekcja odrobiona. Reżyser jest w tej swojej rafinadzie bezpretensjonalny, a jego poczucie humoru umiejętnie nie daje się zaciągnąć do łóżka sztucznym uśmiechem i żenującym podrywem. To jest twórca od zwrotu: Jest słodko, ale…

Dzień matki to też potęga happy endu, który może pojawić się wcześniej. Produkcja niegroźna dla inteligenta. Nie ma potrzeby się martwić podczas filmu o los swojego IQ, tylko o brzuch. W swojej kategorii wagowej to dzielny stuff.

Ocena: 7/10