RECENZJA: Zakładnik z Wall Street

Giełda, finanse, rachunkowość i powierzchowność mediów to tematy modne w ostatnim czasie. Krytyka współczesnego świata z jego konsumpcyjną otoczką i bezrefleksyjnym działaniem coraz częściej nie pozwala spokojnie spać filmowcom, którzy wkraczają do akcji. Jodie Foster również postanowiła przyjrzeć się piramidom finansowym i medialnym działaniom w poszukiwaniu sensacji. Zaangażowała do tego elektryzujący duet Clooney Roberts oraz gatunkową otoczkę thrillera.

Komputerowe algorytmy rządzą naszymi pieniędzmi. Sztabki złota zamieniły się na elektroniczne cyfry, które przemierzają cały świat. Pomnażanie oszczędności staje się marzeniem, a giełda niesie w sobie ryzyko i hazardowego ducha przyciągającego możliwością szybkiego zysku. Coś jednak sprawia, że z dnia na dzień znika 800 milionów dolarów, a wielu ludzi traci oszczędności swojego życia. Komputerowy błąd czy czynnik ludzki? Bezsensowna pomyłka a może zbyt ryzykowne działanie? Kyle (Jack O’Connell) stawia trudne pytania i oczekuje odpowiedzi, a po jego stronie jest argument siły, broń i kamizelka z ładunkiem wybuchowym. Młody mężczyzna, choć podejmuje szalone działania, uderza w czuły punkt gotowy obnażyć korporacyjne mechanizmy. A najbardziej pomocne w rozprzestrzenianiu informacji są media, gdzie nasz „superbohater” wkracza i bierze ekipę filmową na zakładników.

Lee Gates (George Clooney) jest prowadzącym program „Money Monster”, w którym w komiczny i przerysowany sposób wyjaśnia funkcjonowanie giełdy, śledzi wzrosty i spadki oraz z lubością poleca inwestycje. Staje się uroczą maskotką uszytą z uroczego uśmiechu, tanecznego kroku i niewyszukanego humoru. Foster przedstawia go w przaśny sposób, dodając memy i gify jako oręż do budowania przystępności zawiłego przekazu. Z poważnego tematu, czyni kolejną śmiesznostkę o rozrywkowym wymiarze. Wciska prezentera w hip-hopowe rytmy, dzięki czemu dosadnie uderza w punkt, określając współczesnego widza, który coraz rzadziej sięga po informacje, ale z lubością zatapia się w kolorowym i obrazkowym świecie.

Zakładnik z Wall Street rozgrywa się w emocjonalnym trójkącie i trąci filmem psychologicznym, który chce analizować różne postawy życiowe i wpływ statusu społecznego. Gates ma wszystko, czego zapragnie, przez co staje się aroganckim i zbyt pewnym siebie palantem, gotowym podejmować ryzyko, by zaspokoić swoje rozbuchane ego. O jego nieomylność dość szybko przypomną mu widzowie, a brak zaangażowania z ich strony staje się siarczystym policzkiem przynoszącym odrobinę otrzeźwienia. Patty Fenn (Julia Roberts) nurza się w telewizyjnym świecie, ale, jako reżyserka, unika blichtru i egocentrycznego zacięcia. Instruuje Gates podczas programu, przez co momentami staje się jego głosem sumienia. Kyle jest przedstawicielem większości. Nieszczęśliwym, naiwnym człowiekiem, który przegrał wszelkie nadzieje na lepsze życie. Desperat? Na pewno. Szaleniec? Być może. Foster próbuje przedstawić rys psychologiczny postaci, poszukuje motywów, które nim kierują. Wychodzi poza studio telewizyjne i przygląda się jego życiu, ale wciąż pozostaje w schematach i stereotypach. Nie przełamuje dobrze wszystkim znanych założeń i w tym tkwi jej największa bolączka.

Mimo wszystko Zakładnik z Wall Street dobrze wypada jako kino gatunkowe. Muzyka podbija napięcie, rozedrgana kamera dodaje niepewności i poczucie zagrożenia, a pełnokrwiści bohaterowie sprawiają, że chce się za nimi podążać. Jodie Foster w zaledwie 90 minutach udało się zmieść wiele tematów i postaw. Film momentami przypomina Niewygodną prawdę Jamesa Vanderbilt, choć krytyka „leniwych” mediów przyjmuje tutaj subtelną i nienachlaną formę.

Dramat człowieka staje się kolejną rozrywką ze szklanego ekranu. Przyciąga uwagę, elektryzuje, ale z całej historii pozostanę tylko śmieszne memy i ekspresowy powrót do rzeczywistości. Foster udało się połączyć Big Short z Pieskim popołudniem i wszyła z tego obronną ręką. Choć momentami jest przewidywalna, udaje je się wyciągnąć kilka asów z rękawa.

Ocena: 7/10