RECENZJA: Ślepowidzenie

Dawno nie używałam określenia „osobliwe” do jakiegokolwiek kina, a zauważmy że niedawno obejrzałam m.in. The Lobster. W kinie jednak żaden jednoskładnikowy ekscentryzm nie ma siły doprowadzić widza do satysfakcji. Kino pełnometrażowe to nie art video, a gatunek eksperymentalny nie jest zwolniony z komunikatywności, też ma swoje zobowiązania. W dziwności musi być dużo jakości. Ślepowidzenie jest specyficzne i czasami w swojej wewnętrznej oraz subiektywnej logice prowadzenia narracji snobistyczne. Film to sport mocno kontaktowy.

Ingrid zostaje niespodziewanie niewidoma. Jej świat się zmienia, tylko jej. Reżyser nie daje się zabrać w narrację cierpiętnicy, a nas nie chce nabrać na ckliwą historię o zapominaniu kolorów i trudnych początkach życia w mroku. Utrata wzroku przez główną bohaterkę to tylko formalność. Ludzie mylili kroki, zaczepiali się i byli zagubieni już wcześniej, bez uzasadnienia dysfunkcjami fizycznymi. Tak jak ona żyje wiele osób wokół nas, w ciemności, odcięci od świata. Tylko nie trzeba do tego diagnozy okulisty, a psychiatry. Jej mąż Morten widzi wszystko, ale wcale nie radzi sobie lepiej. Do tego mamy sąsiada również mocno zdystansowanego do świata, który żyje z postaciami z internetu częściej, niż z tymi prawdziwymi. Krąg naszych bohaterów domyka Elin. Ich wspólny mianownik to nadmiar neurotyczności, a deficyt antydepresantów. Reżyser też nie wypisuje recept, a zabawia się formalnie na tym pastwisku smutku i mocno ziejącej pustki.

Tytułowa ślepota nie dotyczy problemów ze wzrokiem, a społeczeństwa współczesnego z życiem, z komunikacją między sobą. Dlatego też chropowatość filmu, pewna kliniczność codzienności odbywa się tutaj na poziomie narracyjnym (empatia średnio reżysera obchodzi) ale i technicznym – minimalizm w domu to zakodowana pustka w życiu. Diagnozowanie metaforą ślepoty społeczeństwa żyjącego ze sobą po omacku to cel reżysera. Ślepowidzenie stosuje uniki przed kinem społecznie zaangażowanym, szukając innych znaczeń terminu „jednostka wykluczona”.

Jednak w tym koncepcie coś zgrzyta. To nie zawsze czytelny, ale z widocznymi ambicjami, oniryczny portret współczesnego społeczeństwa pełnego eskapizmu i kapitulacji. Z życia wzięte jest doskonałe i angażujące, kiedy jest na swoich bohaterów mocno zawzięte. Tutaj jednak intymny portret (reżyser sam sugeruje prywatność obserwacji duszną atmosferą) ulega rozprężeniu i rozproszeniu na innych bohaterów. Zachwycenie się reżysera swoją mocą kreacji sprawia, że obserwacji brakuje ostrości i klamry spinającej historię. Mało tego, film jest często mocno do środka i nie wiemy co należy do świata wyobraźni, a co do rzeczywistej obserwacji. Staje się to trochę uzasadnione, kiedy już wiemy że mamy świat dzielony na teraźniejszy i ten pisany przez bohaterkę w głowie, z konsekwencjami poza nią. Ten surrealizm czasem jest mocno efekciarski i zamiast komponować się z innymi elementami, zostawia w tyle sensy opowiadania.

Obecne jednak zagalopowania nie umniejszają nowatorstwa i ważności Ślepowidzenia. To autonomiczna, z pewnością zakochana w Greckiej Nowej Fali, hipnotyzująca produkcja stawiająca wyzwanie dla widza, nawet jeżeli chwilami jest zbyt natchniona własnym pomysłem.

Ocena: 6/10