RECENZJA: X-Men: Apocalypse

Bardzo dawno, dawno w Egipcie En Sabah Nur (Oscar Isaac) wcielał w życie swój plan bycia najpotężniejszym z mutantów. Coś się jednak nie powiodło i słuch po nim zaginął na tysiąclecia. Epicka opowieść Bryana Singera rozpoczyna się od powrotu do przeszłości, aby przez meandry tunelu czasu (podziwiając najważniejsze osiągnięcia ludzkości) wylądować w latach 80. XX w. A były to nie najlepsze czasy dla mutantów, którzy zostali wyrzuceni poza nawias społeczeństwa. X-Men: Apocalypse początkowo stawia tezy odnośnie poszukiwania tożsamości, próby współżycia z ludźmi i radzenia sobie z niesamowitymi mocami, ale wszelkie psychologiczne niuanse porzuca na rzecz wizualnego rozbuchania i scenariuszowej miałkości, który nie oferuje nic więcej prócz kilku wzlotów i upadków, szczególnie kiedy na scenę wkracza, dawno zapomniany mutant, Apocalypse.

Zanim jednak ta mroczna postać pojawi się na ekranie, nieustraszona drużyna X-Menów musi zebrać się w jednym miejscu. Singer wędruje do Ohio, Egiptu, Niemiec i Polski, gdzie każdy z mutantów stara się wieść w miarę normalne życie. O ile młodzi bohaterowie mają w sobie odrobinę werwy i fascynacji, to Mystique (Jennifer Lawrence) i Magneto (Michael Fassbender) czasy entuzjastycznej świetności mają już dawno za sobą. Ravena nosi brzemię sławy i chwały, z którego nie jest dumna, podczas gdy Erik Lensherr jako Henryk stara się prowadzić proste, rodzinne życie z dala od makabrycznych wspomnień dzieciństwa w Auschwitz.

Przeniesienie akcji do Polski wywołuje uśmiech litości i rozczarowania. Fassbender robi, co może, aby jego polszczyzna brzmiała wiarygodnie (w końcu mutanci nie muszą mieć zdolności językowych!), a jego bohater sprawnie wkomponował się w robotniczą atmosferę fabryki. Niestety sielanka nie może trwać zbyt długo, a konfrontacja z policją uzbrojoną w łuki (sic!) nie przyniesie niczego dobrego. Sfrustrowany pragnie wymierzyć sprawiedliwość ludzkości, przestaje mieć skrupuły i pozbywa się wewnętrznych wątpliwości. I choć zrozpaczony ojciec o nieograniczonej mocy daje przestrzeń do aktorskiego popisu, Fassbender idzie po linii najmniejszego oporu, pokazując znudzenie i brak zaangażowania.

Równie wątpliwie wypada Apocalypse. Mroczna postać w kapturze snuje się po ekranie z ewidentnym kompleksem władzy. Żądza mocy i siły przysłania cały jego świat, a żeby zdobyć panowanie musi dotrzeć do profesora Charlesa Xaviera (James McAvoy) i przejąć jego zdolności telepatycznego podróżowania i docierania do umysłów ludzi i mutantów. Głębia psychologicznych rozważań schodzi na dalszy plan, a właściwie całkowicie zanika i od teraz czeka nas seria pokazów zdolności CGI i efektów specjalnych, kiedy to zwolennicy pokojowej wizji świata według profesora muszą stanąć w szranki z wyznawcami Apocalypse.

X- Men: Apocalypse ma kilka dobrych momentów. W pamięci pozostanie sekwencja destrukcyjnego działania mutantów z muzyką Bethoweena (VII symfonia, opus 92), która przechodzi w fenomenalnie rozegrane działania Quicksilvera (Evan Peters) w rytm „Sweet dreams” Eurythmics. Niestety kilka dobrych scen nie zatrze złego wrażenia całości. I niby mamy ciekawe postaci, ale ich działania momentami przypominają błądzenie dzieci we mgle. Apocalypse posiada swoją świtę, ale nikt nie trudzi się, aby te postaci stały się czymś więcej niż marionetkami na usługach wszechmocnego.

Singer buduje akcje na hura, a potem traci rozpęd. Od czasu do czasu bierze oddech i prezentuje kilka energicznych sekwencji, ale brak im widowiskowości na miarę Kapitana Ameryki. W X – Menach dużo się dzieje, nawet gdzieś w czeluściach akcji przemknie Wolverine (Hugh Jackman), ale widać brak zdecydowania i wszechogarniający chaos twórczy. Motywacje bohaterów są wyjątkowo płaskie. Nurzamy się pomiędzy apokaliptyczną wizją świata a chęcią społecznej asymilacji. Pomiędzy akceptacją mocy a jej negacją, wątpliwościami a siłą. Nawet ostateczne starcie nie przynosi euforycznej radości. Wszystko jest takie… na pokaz z nadmiarem bohaterów i brakiem spójnej wizji.

Ocena: 4/10