RECENZJA: Alicja po drugiej stronie lustra

Przeszłości nie można zmienić, można się z niej jedynie uczyć. Taka lekcja płynie z disnejowskiej produkcji, w której Alicja (Mia Wasikowska) po raz kolejny zagląda do Krainy Czarów, aby z dziecięcą naiwnością i niesamowitą odwagą stawić czoła Czasowi i zawalczyć o szczęście swoich przyjaciół. Choć nie można jej odmówić uroku i wiary, że niemożliwe może być możliwe, to jednak James Bobin nie jest Timem Burtonem i brakuje mu magicznego pazura w przedstawianiu odmieńców. Alicja po drugiej stronie lustra ma kilka interesujących sekwencji, które nikną w aktorskich szarżach i emfatycznych dialogach.

Dobrze wiemy, że Alicja nie poddaje się wymaganiom stawianym jej przez skostniałe społeczeństwo. Nie biega w wytwornych sukniach oraz nie podporządkowuje się woli starszych w kwestii zamążpójścia. W drugiej odsłonie przygód jej emancypacja sięga krok dalej, a młoda i niezależna dziewczyna zostaje kapitanem statku, na którym odbywa dalekomorskie podróże. Wiadomo, że porzucony lord Hamish nie zgotuje jej ciepłego przyjęcia, a skaza na honorze (porzucić taką partię!) popchnie go do podłej zemsty. Alicja jednak nie przywiązuje do tego wagi, kiedy prawdziwi przyjaciele wzywają ją na ratunek. Dziewczyna po raz kolejny przekroczy granicę między światem rzeczywistym a szaloną wyobraźnią i zatopi się w słodko-gorzkiej sytuacji, gdzie zło rodzi się z niespełnionych pragnień i poczucia odrzucenia.

James Bobin sprawnie inscenizuje sceny w zamku zamieszkiwanym przez Czas (Sacha Baron Cohen) czy podróżowanie po meandrach przeszłości, ale zupełnie traci przejrzystość i spójność, kiedy przygląda się swoim bohaterom. Aktorzy dobrze osadzeni w swoich postaciach wygrywają każdy najmniejszy gest, czyniąc z niego mini spektakl i pokaz własnych możliwości. Anne Hathaway snuje się niczym leśna nimfa w białej sukni, z rozanieloną twarzą (z której bije dobroć) i miękkimi dłońmi, którymi macha niczym Scarlet Witch z Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, podczas gdy Helena Bonham Carter wykrzykuje wszystkie swoje kwestie z nadmierną mocą. Coś, co przy odrobinie powściągliwości, mogłoby dobrze rozegrać różnice między siostrami – Białą i Czerwoną Królowa, zaczyna mocno razić.

Zabawa Czasem i jego zegarami wybrzmiewa najciekawiej. Metafora śmierci jako ustanie tykanie zegarka czy trybiki mechanizmu, które stanowią sekundy sprawnie łączące się w minuty i godziny niosą w sobie fantastyczny potencjał na rozważania o ulotności i niepoliczalności czasu. Sam Cohen bawi się swoją postacią i niesie w sobie duże pokłady mroku, ale też empatii i humoru. Z twardym niemieckim akcentem stara się zapanować nad chaosem, który rozpoczęła Alicja i choć robi to z większym lub mniejszym skutkiem, potrafi zniuansować swoje dobre i złe oblicze. Dobrze w tym kontekście wybrzmiewa finalny morał, że Czas nie tylko odbiera nam niespełnione chwile, ale przede wszystkim daje mnóstwo minut i godzin do wykorzystania.

Alicja po drugiej stronie lustra jest nieco bardziej stonowana. Z ekranu nie buchają kolorowe obrazki, ale wciąż toczy się walka między dobre a złem. I choć główna bohaterka niewiele zmądrzała i dojrzała przez te sześć lat, to wciąż czaruje lekkością i gotowością do poświęceń w imię przyjaźni. Bobin podkreśla w swym filmie rodzinne wartości, uczy o przyznawaniu się do błędów oraz wybaczaniu, a przede wszystkim pokazuje, że w kobietach tkwi ogromna siła. Momentami jest naiwnie, ale wciąż uroczo i poprawnie.

Moja ocena: 6/10