RECENZJA: Outcast: Opętanie - odcinek 2

Choć w drugim odcinku Outcast: Opętanie tytułowych motywów grozy jest znacznie mniej względem pilota serii, to broni się on jako znakomita cisza przed okultystyczną burzą, która niedługo spadnie na bohaterów serialu.

Epizod w rewelacyjny sposób kreuje zarówno główne postacie cyklu, jak i te drugoplanowe, tworząc ich wiarygodny i realistyczny oraz emocjonalny portret psychologiczny. Widzom przybliżona zostaje sylwetka żarliwego księdza (Philip Glenister), toczącego indywidualną krucjatę przeciwko złu, które zalęgło się w jego miejscowości. Po raz pierwszy ukazana zostaje też żona głównego bohatera (w tej roli Melinda McGraw) – widać, że jej trauma związana z wydarzeniami z przeszłości powoli ustępuje. Mimo to kobieta pozostaje nieufna wobec byłego małżonka. Wielką zaletą produkcji Roberta Kirkmana (autora komiksu Outcast, scenarzysty i producenta serii) jest realistyczny zarys postaci. Artysta odziera ich z charakterystycznych stereotypów i klisz, którymi lubią wspomagać się współcześni twórcy seriali. Jego zdolność do tworzenia wiarygodnych bohaterów zaprezentowana została już w The Walking Dead – w Outcast: Opętanie stanowi jedynie potwierdzenie tych umiejętności.

Fabuła drugiego odcinka skupia się na relacjach Kyle’a Barnesa (Patrick Fugit) i jego matki (Andrea Powell), kiedyś będącej pod władzą demonów, co główny bohater często przypomina sobie w bolesnych retrospekcjach. To one stanowią główne źródło grozy tego epizodu. Świadomość, że najbliższa osoba każdego dziecka może obrócić się przeciwko niemu oraz próbować je zabić prowokuje do ponurych refleksji nawet po skończeniu odcinka.

Sposób budowania nastroju nie ewoluował zbytnio od poprzedniego epizodu – tu znów nieprzyjemne dźwięki spotęgowane zostają ponad przeciętny poziom głośności, a specyficzne kadry, padające "z innego pokoju" tylko wzmagają uczucie klaustrofobii i dyskomfortowego ścisku, łączącego się z brakiem możliwości ucieczki. Zarówno w pilocie Outcast: Opętanie, jak i w tym odcinku sprawdzają się one idealnie.

Groza narasta – ktoś rozwiesza po lesie wypatroszone truchła szopów, a do miasta przybywa tajemniczy mężczyzna w czarnym kapeluszu. Nad miejscowością zaczynają unosić się burzowe chmury.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.