RECENZJA: Szermierz

Jedyną propagandą jaką dopuszczam w kinie to ta wartości dodatnich w człowieku. Kiedy ma ona szansę na ekspresję w kinie, które jest przedstawicielem prawdziwych wydarzeń, a nie naiwną wariację o herosach, to trzeba użyć słowa prostego – piękne. A uzyskać je wcale nie jest prosto. Udało się to Estońskiemu Szermierzowi. Wśród wszystkich produkowanych taśmowo bohaterów, produkcja przypomina że bohaterstwo może nie być spektakularne i ludzkie moce do tego wystarczają.

Endel trafia do niepozornej szkoły w małej miejscowości, której wiele osób nazwy wymówić nie potrafi, by prowadzić zajęcia wychowania fizycznego. Gdzieś pomiędzy jedną szarą lekcją skakania przez rozpadającego się kozła, a drugą, ćwiczy szermierkę. Podgląda go jedna z dziarskich uczennic – Marta. Tak zaczynają się w szkole zajęcia z szermierki. Mamy drugą wojnę światową, a tutaj ktoś uczy dzieci walki – to się nie może spodobać sprawującym władzę nad szkołą. Oczywiście duch oświaty niezależnie jak silny, wśród takich okoliczności historycznych, ma prawo ulecieć – jest to rok 1944. Estonia na zmianę będąc pod niemiecką okupacją, miała obowiązek wydawać młodych mężczyzn, którzy byli wcielani do Wermachtu. Przy stalinowskiej władzy ci „walczący” trafiali na Syberię lub do więzienia – wśród nich był nasz bohater – ale uciekł.

Nie wiem do kogo jest adresowany Szermierz, ale wiem że to historia, która sama się opowiada. Reżyser w przeciwieństwie do swoich bohaterów nie jest taki bezpardonowy i nie wysuwa ataków, ale wygrywa i trafia szpadą w same serce.
Film konstruuje dosyć proste prawdy, ale i taka jest nieskomplikowana, a krzepiąca gatunkowość tego filmu. Wybory nie są proste, wojna dotyka nawet tych którzy nie wiedzą jeszcze co na oznacza (większość tych dzieci straciła ojców). W pewnym momencie niewinny klub szermierki dowiaduje się o zawodach na większą skalę, które odbędą się w Leningradzie. Endel ma obawy – słuszne – gdyż tam może zostać zdekonspirowany. Jednak w rytmie hollywoodzkich bohaterów decyduje się na podroż. Niepotrzebnie stosuje tę ironię, ponieważ szach –mat, to historia prawdziwa, a klub istnieje do dzisiaj.

Szermierz odwołuje się do a priori i je wyświęca, bo dlaczego nie? Pokazuje w sposób spontaniczny, ale też bardzo subtelny warunki konieczne do bycia dobrym człowiekiem. To też przypowieść o „skutkach ubocznych” sytuacji ekstremalnych, jak człowiek staje się bardziej stadny i kiedy wilków jest coraz więcej, człowiek może stać się człowiekowi człowiekiem.

Szermierz to takie niechcący kino życzeniowe. Wpisuje się w tęsknoty jednostki niczym Stowarzyszenie umarłych poetów, czy Pan od muzyki. Ta suma historycznych strat i humanistyczne poszukiwanie stróżki światła w mroku stalinizmu w człowieku, odbywa się również bardzo skutecznie i zgrabnie narracyjnie. O człowieczeństwie opowiada się jedną metaforą – szermierki – świat próbował walką osiągnąć porozumienie lub niczym Klub Jimmy'ego pokazuje jak kreatywna może być opozycja i ile dobrego można zrobić, jak jest źle. Postać, którą nam proponuje Klaus Haro też jest wręcz archetypowa dla Loacha. Endel uwikłany w przeszłość, nie unika konfrontacji i nie uznaje kompromisów. Jest to figura idealisty, a naturalnym odruchem człowieka jest potrzeba autorytetów (jeszcze). W tym koncercie szlachetności Szermierz balansuje na granicy ckliwości, jednak inteligencja i skromność ratuje go przed prostym urokiem i utknięciem wśród filmów nacierających widzowi oczy.

Film jest tak delikatny i wyciszony, że można odnieść wrażenie umniejszania dramaturgii degradując wojnę i jej skutki do niewygodnych epizodów. To jednak metoda opowiadania, która chce film odciągnąć w stronę uniwersalnej historii nie tylko o historii, sugerując wielkość pewnego życiorysu. Szermierz wręcz się wstydzi używać wielkich słów, on po prostu chce powiedzieć o przerwanej lekcji szermierki.

Ocena: 7/10