RECENZJA: Outcast: Opętanie - odcinek 4

Czwarty odcinek Outcast: Opętanie to prawdopodobnie najsłabsza z dotychczasowych odsłon serialu. Okultystyczny horror ustępuje tu miejsca thrillerowi psychologicznemu, a kilka scen, zapewniających minimalny poziom grozy, wyraźnie wciśnięto na siłę, ku aprobacie fanów gatunku.

Akcja odcinka skupia się wokół przeszłości przyrodniej siostry głównego bohatera. Tajemniczy mężczyzna z lat młodości prześladował ją już w poprzednich epizodach – teraz dowiadujemy się, dlaczego Megan Holter (Wrenn Schmidt) tak bardzo boi się tej osoby i czemu Kyle Barnes (Patrick Fugit) nienawidzi jej ze wszystkich sił. Interesujące podłoże psychologiczne tego wątku stanowi ciekawą odskocznię od dotychczasowych motywów okultystycznych. Twórcy niepotrzebnie sięgają zatem po sprawdzone "straszaki" z poprzednich odcinków. Widz po raz kolejny przestraszony zostaje gwałtownymi scenami retrospekcji, tym razem skupiającymi się na opętanej staruszce. Choć motyw drastycznych wspomnień, przebarwiony szarawymi filtrami sprawdzał się dotychczas zadowalająco, a w samym pilocie serialu był wręcz wyśmienity, to w przyszłości nie może stanowić jednego z głównych źródeł grozy, gdyż zwyczajnie popadnie w autoparodię. Szczególnie, gdy odbiega od konwencji całego epizodu.

W wątek kryminalny serii Outcast: Opętanie zaangażowanych jest już coraz więcej osób, a jeden z mieszkańców – Ogden (Pete Burris) niewątpliwie maczał swe palce w sprawy związane z przyczepą campingową. Szkoda, że sekwencja rozgrywająca się nocą w lesie, mimo zadowalającego klimatu, nie posiada żadnych scen akcji. Podobnie z resztą jak wątek Kyle Barnesa – to pierwszy odcinek serialu, w którym mężczyzna nie toczy walki ze złem, zasiedlającym ludzkie ciało.

Fabuła czwartego epizodu Outcast: Opętanie służy pogłębieniu sylwetek zarówno głównych bohaterów serialu, jak i tych drugoplanowych. Mąż przybranej siostry Kyle’a nie jest już zwykłym gburem, arogancko zwracającym się do zięcia, lecz kochającym mężem, słusznie działającym pod wpływem impulsu. Podobnie z resztą tytułowy Outcast (w komiksach tłumaczony jako Wygnaniec) przybiera coraz przyjaźniejszą, wywierającą współczucie widza, maskę. Postacie nie tracą przy tym rewelacyjnego realizmu, jakim przyprawił ich Robert Kirkman.

Po mieście nadal pałęta się tajemniczy starzec w czarnym garniturze i kapeluszu – prawdopodobnie każdy z widzów zdaje sobie sprawę, że wkrótce rozpęta on w niewielkiej mieścinie istne piekło.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.