RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 1, odcinek 4

Chyba każdy widz miał nadzieję, że po spektakularnym trzecim odcinku Fear the Walking Dead apokalipsa zombie rozpocznie się na dobre… Cóż, czwarty epizod ma w sobie tyle akcji i emocji, co popołudniowe telenowele, a najgorsze jest to, że dorównuje im też logiką fabuły.

To karygodne, że po trzymającym w napięciu wstępie do apokalipsy, twórcy po raz kolejny zmuszają widza do obcowania z nudnymi i płaskimi bohaterami serialu, którzy przez blisko pięćdziesiąt minut snują się po ekranie, nie wnosząc do historii praktycznie żadnych ciekawych wątków. Ich emocjonalna bezbarwność sprawia, że odbiorca ani na moment nie jest zainteresowany losami postaci, a decyzje, jakie podejmują, sprowadzają ich IQ do poziomu żywego trupa.

Okazuje się, że osiedle, na którym bohaterowie znaleźli się w poprzednim odcinku, uznane zostało przez amerykańskie wojsko za jeden z dwunastu bezpiecznych obszarów w obrębie całego miasta i okolic. Cywile nadal nie rozumieją kwarantanny, jaką zastosowano wobec nic, ani dlaczego żołnierze nie pozwalają im wyjść poza specjalne ogrodzenie, którym otoczono strzeżoną strefę. Wydaje się, że największe zagrożenie stanowi obecnie nie armia żywych trupów, lecz amerykańskie wojsko, wydające niezrozumiałe zakazy i nakazy, nie wyjaśniające obywatelom zaistniałej sytuacji i wywożące gdzieś chorych ludzi. Podobny motyw zastosował już Danny Boyle w 28 dniach później, jednak tam wątek ten stawiał ułomność kondycji psychicznej człowieka na równi z bezlitosną naturą zombie – we Fear the Walking Dead jego potencjał zalany został hektolitrami nudy i obojętności, choć być może rozwinięty zostanie w kolejnych epizodach.

Twórcy po raz kolejny próbują wypełnić fabułę problemem narkotykowym antypatycznego narkomana Nicka Clarka (Frank Dillane). Dramatyzm całego wątku sprowadzony zostaje do emocjonalnej pustki produkcji pokroju Trudnych spraw. Podobnie jest z resztą z jedynym pasjonującym motywem całego odcinka, gdy Madison Clark (Kim Dickens) wymyka się za ogrodzenie. Niestety, trzymająca w sekundowym napięciu scena kończy się zbyt gwałtownie, nie pozwalają widzom zupełnie wczuć się w postapokaliptyczny klimat. Cały epizod nakręcono rozchwianą kamerą, co zupełnie psuje jego odbiór, szczególnie przy scenach dialogowych.

Największe rozczarowanie stanowi jednak postać Daniela Salazara (Rubén Blades), którego kreacja powoli zmierza w stronę odpowiednika Deryla (Norman Reedus) z głównego serialu – The Walking Dead. Meksykanin jest równie cichy i tajemniczy, co członek drużyny Ricka, a jego przeszłość ukształtowana przez pryzmat nieufności wobec obcych. Dodatkowo już w poprzednim odcinku pokazał, że w sytuacji zagrożenia jest w stanie posunąć się do najskuteczniejszych i najbrutalniejszych środków. Najgorsza jest jednak jego szczątkowe origin story, które jednoznacznie wskazuje na brak jakiejkolwiek oryginalności czy zwyczajnego talentu scenopisarskiego u twórców serialu.

Postapokaliptyczna telenowela trwa w najlepsze – jeśli pójdzie tak dalej, to widzowie zostawią Fear the Walking Dead szybciej, niż na jego plan zdjęciowy przypełzną hordy krwiożerczych zombie.

Moja ocena: 4/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.