RECENZJA: Ojciec

Fantasmagoria Artura Urbańskiego na temat mitologii ojcostwa mogła przybrać ciekawą formę intelektualnego rozważania z niemałymi artystycznymi ambicjami. Tymczasem Ojciec bawi się w podniosły koncept, w którym pełno jest luk i postaci wytrychów, które stają się smutnym pochodem reprezentacji idei bez sensownego zakorzenienia w historii.

Film rozpoczyna się od pięknego ujęcia biegnącego psa. Zwierzę w zwolnionym tempie przebiera łapami otoczone świetlną aurą. Można się zachwycić jego siłą i lekkością, czyli wszystkim tym, czego brakuje filmowi Urbańskiego. Konstanty (Artur Urbański) znajduje się w momencie przejścia: zaraz urodzi mu się syn, a jego ojciec (Zygmunt Malanowicz) umiera w tragicznych okolicznościach. Musi się on zmierzyć z przeszłością i rozliczyć ze swoimi uczuciami wobec rodzica. Zakorzeniony w teraźniejszości, co chwilę odpływa we wspomnieniową wędrówkę, w której poszukuje odpowiedzi na pytania o rodzinne korzenie, ojcostwo i nieme doświadczanie miłości.

Ojciec momentami pretenduje do artystycznej formy, aby natychmiast sprowadzić widzów na ziemię. Pełno w nim karykaturalnych postaci, które z każdym kadrem są coraz bardziej absurdalne. Mamy artystyczne małżeństwo, on reżyser, ona aktorka, emocjonalnie niestabilną lesbijkę, miejscowego ćpuna i nastoletnią kusicielkę oraz tajemniczego sąsiada z mrocznym rysem. Wszystko zostaje spięte w ramy dramatu rodzinnego i chorej obsesji Konstantego.

Trudno odczuwać sympatię względem tej dziwnej mieszanki, w której bohaterowie miotają się bez celu. Szczególnie, że motywacja ich zachowań zdaje się kompletną dziecinadą i prowadzi do groteskowych rozwiązań. Urbański wprowadza nutę artystycznego szaleństwa, klimat dziwnego napięcia i brak poczucia bezpieczeństwa, ale żadna z zastosowanych form nie spełnia swojej roli.

Fabuła Ojca chciała mieć niesamowitą siłę rażenia, a strzela ślepakami, nie trafiając do celu. Obronić może się jedynie aktorstwo Malanowicza, który staje się pokrętną figurą surowego, ale kochającego ojca, który przegrał życie przez swoje obsesje. Kochający poezję, wykształcony jest bogatym źródłem wiedzy i przewodnikiem, ale coraz bardziej zatapia się w manii gromadzenia rzeczy i depresji. Urbański rzuca pewne tropy, pokazuje symptomy, niestety nie ma przestrzeni do wybrzmienia osobowości bohaterów.

Ojciec to pochód dziwnych postaci, których nie da się lubić. Wszyscy są oderwani od rzeczywistości i narysowani grubą kreską. W ten sposób film nie podejmuje tematu istoty ojcostwa, nie potęguje lęków i wątpliwości. Jest tylko zlepkiem scen, które niosą mgliste przesłanie.

Moja ocena: 3/10