RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 1, odcinek 5

Fear the Walking Dead nareszcie daje nam to, czego każdy fan kina grozy oczekiwał od pełnokrwistego serialu o zombie – nawet wojsko jest bezradne wobec rozprzestrzeniającego się wirusa, a nieludzkie odgłosy żywych trupów stają się coraz głośniejsze. Oto świetny początek groźnego survival horroru z wątkami obyczajowymi w tle.

Piąty odcinek serii odhacza każdy motyw, na jaki miłośnicy Fear the Walking Dead czekali począwszy od epizodu pilotażowego. Twórcy perfekcyjnie kreują psychologiczne sylwetki postaci, a widz po raz pierwszy jest w stanie prawdziwie współczuć serialowym bohaterom. Świetna analiza różnych wariantów ludzkich decyzji i emocji, które towarzyszą im w sytuacjach krytycznych jest dopracowana niemal do perfekcji. Tchórze opuszczają swoje rodziny, żołnierze dezerterują, a cywile są w stanie dopuścić się brutalnych tortur na drugiej osobie, by wydobyć potrzebne informacje. Wyraźnie widać, że nad scenariuszem unosi się twórczy duch Roberta Kirkmana, zdolnie obrazujący najciemniejszą stronę ludzkiej egzystencji.

Rewelacyjnym miejscem, idealnie wpasowującym się w konwencję całego serialu jest prowizoryczny szpital, w którym przetrzymywani są potencjalni roznosiciele wirusa (tj. osoby, mogące niespostrzeżenie umrzeć, jak np. Nick Clark (Frank Dillane), przechodzący zapaść narkotykową). Brud, mrok, polowe warunki – wszystko to otacza umierających pacjentów. Scenografia działa tu na najwyższym poziomie, a przerażony personel tylko wzmaga uczucie lęku i zagrożenia.

Główni bohaterowie (poza dwójką przyrodniego rodzeństwa, która odpowiada za najsłabszy aspekt odcinka) zaczynają podejmować niejednoznaczne decyzje, dzięki czemu sami widzowie mogą określić swój stosunek do ich postanowień. Dobrze nakreślona jest tu postać Madison Clark (Kim Dickens), wyrażająca zgodę na wyjątkowo niehumanitarny czyn Daniela Salazara (Rubén Blades). Dwuznaczne decyzje to zresztą jeden z najczęstszych motywów w serialu-matce – The Walking Dead.

Odcinek posiada scenę, stanowiącą dotychczasowe opus magnum serialowych sekwencji – rewelacyjny wątek interwencji amerykańskiej armii w bibliotece opanowanej przez krwiożercze zombie. Choć twórcy nie pokazują widzom samej batalii z żywymi trupami, to przerażające odgłosy, wydobywające się z wojskowej radiostacji, w świetny sposób pobudzają wyobraźnię odbiorcy. Człowiek boi się tego, czego sam nie może zobaczyć – scenarzyści wykorzystali tę sekwencję w perfekcyjny sposób, tworząc najstraszniejszą dotychczas scenę całej serii.

Twórcy muszą się postarać, aby po raz kolejny nie zepsuć tak ciekawej historii, tym bardziej, że w następnym epizodzie w życie wchodzi tajemniczy projekt "Cobalt", a w pobliskiej fabryce ukryte są całe hordy kanibalistycznych żywych trupów. Osobiście po raz pierwszy z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek Fear the Walking Dead, wieńczący pierwszy sezon serii.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.