RECENZJA: Zanim się pojawiłeś

Rajstopy w czarno-żółte pasy na nogach dorosłej kobiety niosą w sobie nutę szaleństwa, indywidualizmu i dziecięcego entuzjazmu. Kolorowym strojom i fikuśnym butom daleko do wybiegów high fashion, dystyngowanej elegancji i bycia trendy, ale wygrzebane z szafy niosą swoją odrębną i intrygującą historię. Takie też jest Zanim się pojawiłeś – nieco staroświeckie, pełne barw i energii z lekkim poczuciem obciachu.

Thea Sharrock, jako reżyserka teatralna, fenomenalnie wykorzystuje potencjał aktorów przy nie do końca udanym scenariuszu. To, co dobrze sprawdziło się w bestsellerowej powieści, nie przenosi się na ekran. Zabrakło sprawnego połączenia wątków społecznych, bogactwa i romantycznej historii, które nie brzmiałyby momentami mało wiarygodnie w papierowych dialogach. W końcu to klasyczna opowieść o tym, jak dziewczyna z sąsiedztwa musi oswoić gburowatego bogacza, który całkowicie sparaliżowany od lat spędza swoje życie na wózku inwalidzkim.

Podobną historię otrzymaliśmy w Nietykalnych Oliviera Nakache i Erica Toledano. Lekki humor i kontrastowe zestawienie bohaterów: bogatego kaleki z biednym, lecz pełnym entuzjazmu opiekunem przyniosło nie tylko powiew świeżości i empatyczny wymiar, ale również przestrzeń do spojrzenia na rozwarstwienie francuskiego społeczeństwa. U Sharrock bohaterowie pochodzą z odrębnych światów, mają zupełnie inne doświadczenia i podejście do życia, ale zbyt często idą na skróty w osiąganiu fabularnych przewrotek.

Lou (Emilia Clarke) czaruje swoją naiwnością i niepohamowanym entuzjazmem, podczas gdy Will (Sam Claflin) zabija statyczną rezygnacją. Prostoduszna dziewczyna ma być jedynym ratunkiem przed stagnacją i powolnym umieraniem, wnosząc powiew świeżości i chęci do życia. Nie tylko bohaterowie opierają się na przeciwstawnych cechach. Ogólne założenia znajdują odzwierciedlenie w aktorstwie Clarke i Claflina. Aktorka znana z Gry o tron szaleje na ekranie, zarażając ogromnym uśmiechem. Trudno oprzeć się jej emocjonalnej karuzeli, kiedy każda najmniejsza myśl odnajduje odzwierciedlenie w wyrazie twarzy i szalonych grymasach, które z jednej strony popadają w przerysowany manieryzm, ale są nieodłącznym elementem bohaterki, co nie czyni jej groteskowym wytworem aktorskiej szarży. Claflin niestety ginie przy tym mimicznym szaleństwie, prezentując jedną minę. Szkoda, że nie dorównał Clarke, choć postać Willa wydawała się niezwykle ciekawa. Bogacz, który smakował życie, podejmował ryzyko i przed niczym się nie cofał jest zmuszony zamienić swoją niezależność na kompletne oddanie innym.

Zanim się pojawiłeś to przede wszystkim komedia romantyczna. Opowieść o miłości niemożliwej, ale jak najbardziej prawdziwej, przynosi uczucie zrozumienia i radości. Ten film wywołuje uśmiech, choć dość niechętnie się na tym przyłapujemy. Sharrock nie jest oryginalna, potrafi za to balansować między humorem i powagą, pokazując najlepszą stronę swoich aktorów oraz wplatając znane i emocjonalne dźwięki do sountracku (Ed Shreen „Photograph” ).

Pełen energii, rozwibrowany obraz bawi i wzrusza. Zdarza się, że reżyserka zatopi się w wizualną metaforykę i nieco nachalne podbijanie nastroju, jednak doskonale spełnia funkcje romantycznej historii o miłości. Dzięki chemii między głównymi bohaterami otrzymujemy wiarygodną opowieść o uczuciu, a do tego barwną bajkę o słodko-gorzkiej wymowie. Idealna na romantyczne letnie wieczory.

Moja ocena: 7/10