RECENZJA: Wojna

Czy jeszcze komuś film wojenny, bez adnotacji quasi lub para, kojarzy się ze skromnością, oszczędnością niemalże ascetyczną i koncentracją twórcy na konflikcie dziejącym się daleko od linii ognia. Wojna nie unikając frontu opowiada bez bohaterskiej maniery lub batalistycznego podniecenia o czymś więcej. Proponuje widzowi wspólne napisanie traktatu o moralności w warunkach ekstremalnych i zadaje pytane, czy jest to w ogóle możliwe.

Podążamy za sierżantem Clausem. Kolejne sceny z afgańskiej prowincji zostają przecinane prozą życia kobiety z trójką dzieci. Tą osamotnioną matką jest Maria – żona naszego bohatera. Ta zmienna perspektywa nie jest zaproponowana dla krótkoterminowej atrakcji, czy technicznego kolażu bez dopisanych znaczeń, a wymienia kolejne ofiary wojny, mimo że nikt nie celuje w nie bronią, a ich życie nie jest w niebezpieczeństwie. Jedna z akcji podczas patrolu kończy się późniejszym oskarżeniem dla Clausa – jest winny zabójstwa ośmiu cywilów. Jednak dzięki jego decyzji przeżył kompan i przyjaciel. Sierżant wraca do domu, oczekując procesu, podczas którego mogą mu grozić 4 lata więzienia.

Tobias Lindholm zarysowuje konflikt daleko od pola bitwy, zadając pytania filozoficzne w oszczędny, ale przeszywający widza sposób – to przykład kina mocno uczestniczącego i kontestacja zjawiska bohaterstwa. Film idealnie włącza do procesu widza, który nie tylko śledzi każdy szczegół poprzez pieczołowitość i dojrzałe zobowiązanie wobec realiów. Jesteśmy na bieżąco odpytywani i przesłuchiwani z naszej moralności, poprzez identyfikację z postacią. Nie bez powodu rebus winnych i niewinnych zostaje rozpisany w bardziej skomplikowany sposób. Znamy naszego bohatera nie tylko jako świetnego żołnierza, wiemy że całuje dzieci na dobranoc i służy dla kraju. Czy to jednak dezaktualizuje i zwalnia go z odpowiedzialności za śmierć ośmiu innych osób tylko dlatego, że nie znamy ich życiorysów i dla nas są anonimowymi postaciami, które straciły życie? Przywiązanie to przebiegły mechanizm, a „misje stabilizacyjne” destabilizują człowieka na każdym poziomie. Bardziej, niż o ocenę naszego bohatera, chodzi tutaj o gorzką refleksję na temat postawienia człowieka w sytuacjach nieludzkich i zaklinania jego natury.

Wojna naśladując wręcz dokumentalną pracę, nie zagłusza nas wybuchami, hymnem narodowym czy moralitetami. Dlatego też początek w założeniu dosłownym jest bardzo dynamiczny, a tak naprawdę wypada o wiele nudniej i mimo bardzo wiarygodnej roboty. Bez fajerwerków, jest o wiele mniej zobowiązujący, niż to co się dzieje po powrocie bohatera do domu. Bo to też nie ma nic wspólnego ze spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Wojna to nie rzeczownik, a jednostka chorobowa. Konflikt wojenny dla jego uczestników nie ma też określonych ram czasowych.

Film Tobiasa Lindholma jest rzeczą ogromnie ważną w kinie współczesnym, które jest zbyt rozpieszczone i coraz mniej mu w głowie filozofowanie, czy zaproszenie do empatycznej, ale nie bezstronnej, analizy psychologicznej. To nie jest kino pośrednie, pozwalające na reakcje "trochę", nie odrabia za nas lekcji, a zadaje pytania pomocnicze. Wojna rozmyśla, czy etyka wojny w ogóle istnieje i czy to termin subiektywny? Film jest pokorny i nie śmie sądzić, że zna na to odpowiedź.

Ocena: 8/10