RECENZJA: The Returned - odcinek 4

Czwarty odcinek The Returned popada w skrajną autoparodię całego cyklu – dramatyczne motywy przeistaczają się w nieplanowaną komedię, a nuda, jaka przytłacza widza po zakończonym seansie, odbiera mu wszelkie siły do wykonywania jakichkolwiek czynności… No może poza niepohamowanym śmianiem się…

Twórcy starają się wykreować każdy wątek serialu na wyjątkowo tragiczną i dołującą historię. Niestety, The Returned coraz bardziej popada w międzygatunkowy kicz, stając się dramatem psychologicznym kina klasy B. Powielane dialogi, które w odcinku pilotażowym faktycznie wywoływały wzruszenie, dziś brzmią nad wyraz sztampowo i pretensjonalnie. Sam widz szybko zauważa, że tematy wypowiedzi aktorów, czy nawet ich słowa, w każdym epizodzie są w zasadzie takie same. Czwarty odcinek The Returned posiada jedynie cztery wartościowe dialogi, które brzmią oryginalnie i przesuwają fabułę serialu choć kilka kroków w przód.

W epizodzie po raz pierwszy pojawiają się wątki, próbujące w racjonalny i religijny sposób wytłumaczyć powrót niektórych mieszkańców miasteczka do świata żywych. Powołanie się na biblijny motyw Łazarza może nie jest szczególnie oryginalny (by przytoczyć chociażby wiersz Przemysława Dakowicza zatytułowany imieniem wspomnianego wskrzeszonego), to i tak wyprowadza fabułę The Returned na przyjemne intelektualno-filozoficzne wyżyny – szkoda tylko, że na tak krótko.

Prawdziwe salwy śmiechu powodują natomiast dwie sceny: w pierwszej niedoszła żona rockmana postanawia, że w tajemnicy przed mężem, będzie go trzymała… we własnym domu na strychu. Gdy jej prawny partner wychodzi do pracy (jest policjantem), kobieta udaje się w miłosne tany ze swoim narzeczonym sprzed kilku lat – romantyzm na poziomie Pięćdziesięciu twarzy Greya. Druga sekwencja nieplanowanie mogłaby stanowić fabułę kolejnej części cyklu American Pie – Peter Lattimore (Jeremy Sisto) zostaje opuszczony przez swoją żonę tuż po utracie córki. Walcząc z samotnością poznaje młodą dziewczynę, która wmawia mu, że jest medium i ułatwi mu kontakt ze zmarłym dzieckiem. Cały haczyk polega na tym, iż swoje metafizyczne moce uaktywnia jedynie podczas seksu… W tym momencie pryska cała powaga, misternie budowana od kilku minut.

Kolejnym rozczarowującym motywem jest też historia tajemniczego chłopca, Victora (Dylan Kingwell). Już na początku odcinka pojawia się jego szybkie origin story, które odbiera mu znaczną część przyjemnej enigmatyczności. Wyjaśniony zostaje powód, dlaczego dziecko maluje brutalne rysunki oraz przyczyny jego nieufności wobec bliskich. Już teraz wiadomo, że bliżej mu do kreacji przerażającego dziecka z Sieroty, niż do opętańca z Omenu.

Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne odcinku serialu skupią się na wyjaśnieniu przyczyny tajemniczych zmartwychwstań, albo rozwiną motyw kryminalny – póki co, podejrzany jest każdy i zarazem nikt.

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.